Wełniaste Podejście do Literatury

A może się wydasz, czyli self-publishing.

14 stycznia 2014 ,


Wyobraźmy sobie pewnego Antka. Antek idzie ulicą. Uznajmy, że pada deszcz. Wskakuje do pierwszej z brzegu kawiarni. Nie zanosi się na to, by szybko pogoda się zmieniła. Zamawia więc kawę, rogalika i z nudy rozpoczyna pisanie. Kończy, gdy po kilku godzinach pracownik kawiarni miotłą go wymiata na zewnątrz z powodu "idzjużchłopie, chcemy zamknąćwreszcie". Po dotarciu do domu Antek ze zdziwieniem odkrywa, że oto napisał niezwykle ciekawą powieść kryminalno-historyczną z elementami poezji o kradzieży imbryka do herbaty, na który spojrzał koń Napoleona, gdy zmierzając na wycieczkę w głąb Rosji, zatrzymali się w posiadłości pradziadków bohatera. 
I co teraz?

Antek mógłby wysłać swą powieść na adresy mailowe różnych wydawnictw. Powiedzmy dwudziestu. Kilka z nich odpisałoby, większość być może nie. W każdym razie dzień po dniu Antek czuje się co raz bardziej zawiedziony. Myśli, że chyba nikomu nie spodobało się jego cud-malina dzieło. Wraca do swych codziennych zajęć. Nigdy więcej nic nie pisze.

Gdyby Antek pogrzebał trochę w Internecie, natknął by się w końcu na self-publishing, czyli możliwość opublikowania swojej twórczości w formie e-booka bez udziału jakiegokolwiek wydawnictwa. Sam ustaliłby treść, cenę, wygląd okładki, sam wybrałby sposób promocji. Mógłby np. udostępnić powieść portalom sprzedającym książki w formie elektronicznej. Mógłby namówić siostrę, by wyjęła swoje wiersze z szuflady i stworzyła z nich tomik poezji sygnowany jej nazwiskiem, spisać wojenne wspomnienia babci etc. etc.

Poniżej przedstawiam cztery przykłady polskich stron do self-publishingu, które znalazłam w sieci, a każdy z zamieszczonych linków prowadzi wprost do ich oferty:

RW2010.pl oferuje wydanie czego tylko autor zapragnie. Jeden samotny wiersz? Jasne. Poradnik prania skarpetek? Bez problemu. Jeżeli utwory zdobędą popularność wśród czytelników, RW2010 zaproponuje dalszą współpracę. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy utwór naruszałby prawa osób trzecich lub prawo obowiązujące na terenie RP w dniu publikacji. Wtedy nie.

Ebookpoint.pl informuje, że zrezygnował ze stosowania zabezpieczenia DRM, co oznacza mniej więcej tyle, że plik nie jest chroniony cyfrowymi zabezpieczeniami praw autorskich i można go np. skopiować albo czytać bez obawy o wygaśniecie tejże możliwości po określonym czasie.

Wydaje.pl poza samym wydaniem e-booka oferuje pomoc przy edycji, możliwość dołączenia do platformy społecznościowej, którą tworzą autorzy i czytelnicy z całego kraju. Portal planuje również uruchomienie e-learningowego kursu kreatywnego pisania, by autorzy mogli rozwijać swój warsztat. 

Publikatornia.pl oferuje pakiet dodatkowych usług za opłatą np: edytowanie, design czy marketing. Oferuje również możliwość wydrukowania swojej powieści.

Ciekawość to rzecz straszna, dlatego po sprawdzeniu ofert wiem, że Antek z samego pisania raczej by nie wyżył :)

Zapewne takich platform jest więcej. Gdyby ktoś był zainteresowany wynalezieniem kolejnych, pomocny może się okazać fanpage poświęcony osiągnięciom samodzielnie wydających autorów: Polski Self-Publishing.

Podsumowując. Dotarliśmy do momentu w historii pisarstwa, w którym autor nie jest już skazany na łaskę czy niełaskę wydawnictw. Może wydać się sam w formie elektronicznej i trafić do internetowych księgarń, by zarabiać. I osobiście będzie go to kosztować prawie nic. Rzecz jasna promocja książki leży tym samym jedynie w jego rękach, narazić się może na słowa krytyki bezpośrednio ze strony czytelników, bo tekst wydano przecież bez czyjejkolwiek merytorycznej opinii, książka dostępna będzie na początku (a może i jedynie) w formie elektronicznej itd. itp.

Ciekawiło mnie tylko, czy gdzieś tkwi jakiś haczyk. Haczykiem okazuje się być sam S-P.






Powiązane tytuły

4 komentarzy

  1. Haczyk tkwi w tym, że Self Publishing to wylęgarnia grafomanów, przekonanych o własnej wielkości i pozostających daleko w tyle za granicami przyzwoitości literackiej.
    Oczywiście zawsze trafią się perełki (jak autor zbioru "Za garść zbawienia", przyzwoitej antologii opowiadań z gatunku fantastyki dziwnej), ale przeważnie dzieła publikowane przez S-P to twory na poziomie gimnazjalisty, który podstawówkę skończył jedynie dzięki dobrym koneksjom rodziców. Zazwyczaj są wtórne fabularnie i przeważnie językowo kuleją w stopniu uwłaczającym czytelnikowi.

    Dlatego, z całym szacunkiem dla początkujących autorów: jeśli 20 wydawców was odrzuca, to nie znaczy, że zawiązali spisek. To znaczy, że wasza powieść nie jest warta uwagi i ( w najlepszym wypadku)trzeba nad nią jeszcze duuuuużo popracować. A S-P wam nie ułatwia sprawy, bo i dystrybucja nędzna, i reklama słaba. Dzieło przejdzie bez echa, a przykry osad wątpliwych wydawnictw pozostanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodziło mi raczej o odnotowanie pewnego zjawiska, jakim jest rosnąca popularność S-P. Stąd też do tematu podeszłam z lekkim żartem i bez oceniania, czy jest to dobre czy też negatywne dla poziomu współczesnej literatury.

      Według mnie "instytucja" S-P ma dwie strony. Pierwsza jest taka, że faktycznie umożliwia zostanie "pisarzem" każdemu, bardzo często takiemu, który się do tego kompletnie nie nadaje. I tu self-publishing może stać się kubłem zimnej wody dla grafomana. Jest duże prawdopodobieństwo, że opinia publiczna - w Internecie zwłaszcza - skutecznie wybije mu z głowy kontynuację twórczości. Wtedy już nie powie, że padł ofiarą spisku "podłych, komercyjnych wydawnictw".

      Z drugiej strony jest to szansa dla samorodnych talentów, które z różnych przyczyn nie mają ochoty nawiązywać współpracy z wydawnictwami lub zwyczajnie nie wiedzą, jak się za to zabrać.
      Warto też pamiętać, że "Diunę" odrzuciło 23 wydawców zanim w końcu ukazała się drukiem (:

      Osobiście jestem zdania, że książka bez siły promocyjnej, jaką posiadają wydawnictwa, a przede wszystkim bez uznania jej za utwór wart tej promocji, pozostanie raczej niezauważona.

      Usuń
    2. Witam :)
      Opowieść o Antku może być inna. Zmienimy chłopca na dziewczynkę, chociaż już dziewczynką nie jest i nazwijmy ją - na przykład - Paulina. Owa Paulina opublikowała w ZNANYM WYDAWNICTWIE dwie książki. Napisała trzecią. Podpisała umowę z tym samym wydawcą, dostała nawet zaliczkę i z radością przeczytała recenzję wewnętrzną jednego z jurorów Nagrody Nike, który z całą mocą twierdził, że trzeba drukować, bo będzie to wydarzenie! Były prace redakcyjne z Wybitnym Redaktorem. Pojawiły się zapowiedzi w internecie, już z numerem ISBN. Ba, nawet przedstawiono jej nową powieść na konferencji dla scenarzystów, jako książkę nadającą się na film. Potem zapadła cisza. Przesunięto termin wydania, bo - jak redaktor prowadzący wyjaśnił Paulinie - "wzbudza kontrowersje". Nie literackie, a obyczajowe.
      Paulina miała to nieszczęście, że zmienił się prezes w Znanym Wydawnictwie. Na prezeskę...
      Paulina czekała na odzyskanie praw autorskich. W międzyczasie problemy z rachunkami z wydawnictwa. Czuła się jak intruz monitując o wypłatę. Upokorzenie. Dużo myślenia.
      I nadal się łamie, czy wydać e-booka.

      Usuń
  2. Wszystkich autorów zainteresowanych self-publishingiem zapraszamy do sprawdzenia naszego portalu www.wydacksiazke.pl. Przetestuj system, w którym możesz samodzielnie zaprojektować i opublikować własną książkę.
    Pozdrawiamy, WydacKsiazke.pl

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: