Wełniaste Podejście do Literatury

Cud - Ignacy Karpowicz

4 marca 2014 , , ,


Cuda właściwie się nie zdarzają, a przynajmniej ja ich jakoś za często w swoim otoczeniu nie dostrzegam. Dlatego właśnie jeden z nich prawie przegapiłam. Chodziłam zupełnie innymi ścieżkami, bo Opatrzność widocznie tego chciała. Jej zły brat bliźniak Przypadek znany jest jednak z tego, że lubuje się w psuciu wszelkich opatrznościowych planów zaklasyfikowanych do kategorii "wielkie", zatem za sprawą małego zdarzenia Przypadek zmienił trasę mojego spaceru. Zaciekawiona skręciłam za róg, by w końcu - ku przerażeniu Opatrzności - stanąć z tym Cudem twarzą w twarz. Tylko, że wszyscy już tam byli i go zadeptywali, tak bardzo chcieli go dotknąć.

Ale zacznijmy od początku, czyli od tego, że trzeba mieć niezwykłego pecha, by zakochać się w człowieku, który umiera już w 11 (słownie: jedenastym) zdaniu powieści. I żeby te zdania były chociaż długie... Choć należy też odnotować, że gdyby nie ta śmierć, Anna nie poznałaby Mikołaja. Absurdalnie zatem jego śmierć zapoczątkowała jej miłość. Kobieta zabiera więc jego zwłoki za zgodą Policji (Polska...), anektuje jego mieszkanie i poznaje jego rodzinę. Bierze też sobie z jego portfela 120 złotych, bo przecież biedak już ich nie wyda. Ot, zrozpaczona, w zwłokach zakochana narzeczona. A to dopiero początek absurdów, z których Ignacy Karpowicz utkał "Cud".
- Czy jest śmiesznie?
- Och, tak! Jest całkiem zabawnie. Moore czy Pratchett są co prawda zabawniejsi, ale to nic nie szkodzi.

Zajrzyjmy teraz do środka. Kiedyś Fryderyk Nietzsche poinformował świat, że Bóg nie żyje. Karpowicz postanowi pójść o krok dalej i jakieś tknięte bożym palcem truchło wykorzystać. W twórczości, oczywiście. W "Cudzie" mamy zatem do czynienia z nierozkładającym się ciałem młodego człowieka, który jeszcze w łonie matki wybrany został przez Siłę Wyższą, by coś zrobić dla ludzkości. Napisałam "coś" bo nie do końca wiem, co to właściwie miało być. Być może śmierć. O jego dorosłym życiu wiem tyle, że jest ciepłym trupkiem (nie stygnie), który chyba czyni cuda, bo za swego życia na moich oczach zdążył jedynie kupić gazetę (11 zdań).

Myślałam, że choć o dzieciństwie dowiem się więcej, bo Opatrzność wybrała ojca Mikołaja, by ten za pomocą słowa pisanego zaświadczył o wszystkim, co się działo i miało jeszcze w przyszłości zdarzyć.

"I wiedzący byłem, że syn mój jeszcze niezobaczony, uczestniczyć będzie... cóż, plotę trzy po trzy niby pustogłowa białogłowa, już uczestniczy w planie Ducha, którego objąć myślą nikt nie zdoła, którego mocy a odpowiedzialności nikt nie zniesie. Poczułem, że mój narybek, nasienie z mego nasienia, pestka z mego fleta, wyhodowany został na cudu jakiegoś pokazanie" [s.128].

Opatrzność zapomniała jednak dać mu odrobinę talentu. Otrzymujemy więc hagiografię spisaną za pomocą pijackiego bełkotu ćwierćinteligenta na nutę biblijną. Przyzwyczajenie się do tego stylu chwilkę trwało, ale gdy już nastąpiło - życie płodowe Mikołaja nie miało przede mną tajemnic.

Przynajmniej autor psalmów nie upiększa własnego wizerunku.

"Cud" jest bez wątpienia absurdalny, wypchany ironią i przyjemnie lekki. Podobał mi się, choć zupełnie nie poczułam jego bohaterów. Byli w zasadzie tylko konturami, bo  autor wcale ich nie opisał, nie budował ich osobowości na moich czytelniczych oczach, nie dorzucał do ich wnętrza konkretnych treści. Narysował kredą kontur, nadał mu imię i powiedział: "idź!". Dobry przykład przeciwieństwa dla budowy postaci przez Henry'ego Jamesa (gdybym miała kiedyś o tym dyskutować). I prawdę powiedziawszy - wracam do Karpowiczowych tworów - tutaj było to zupełnie wystarczające. Bogato scharakteryzowane postacie właściwie nie zmieniłyby nic poza ilością stron powieści.

Karpowicz wciągnął nas - Ulubionego i mnie - w komiczną dyskusję na temat kondycji naszego społeczeństwa w kontekście jego potencjalnej reakcji na pojawienie się boskiego pomazańca, czy choć drobnego cudotwórcy w Polsce. Jakiego scenariusza nie tworzyliśmy, kończył się dla Cudu zawsze tak samo. Po polsku, czyli ŹLE.

"Prawie każdy mówi, że miał sen. Anioł się pokazał i powiedział: idź drogą Pisma. Obłęd. To komiczne, pomyślał Artur, idź drogą Pisma, a oni wszyscy pobiegli do kiosku po FAKT. Może Bóg jest wydawcą?" [s.235].

Ignacy Karpowicz doszedł chyba do podobnego wniosku, bo w "Cudzie"-wersja 2013 autor podaje już konkretne i radykalne rozstrzygnięcie kwestii kolejnego Przymierza z Panem. Być może w "Cudzie"-wersja 2007 (owszem, "Cud" wydarzył się dwukrotnie i ktoś tak ciekawski jak ja musiał zobaczyć je oba) miał jeszcze jakąś nadzieję?

A wracając do tego tłumu, w którym się znalazłam za sprawą Przypadku. Ludzie się tłoczyli, każdy chciał coś dla siebie z tego Cudu urwać, jakiś człowiek z brodą stanął obok mnie i wymachując grubą książką zaczął krzyczeć: "herezje! herezje! Boska obraza!". Ktoś dał mu w twarz, a ten upadł.
Pomyślałam sobie, że ludzie bez poczucia humoru i dystansu do siebie bardzo często muszą się przewracać. Tak.



____________________________________________________________
tytuł: CUD
autor: Ignacy Karpowicz
wydawnictwo:  Wydawnictwo Literackie
data wydania: 12-09-2013 r.
ISBN: 9788308052198

ilość stron: 256

Powiązane tytuły

4 komentarzy

  1. Nigdy nie czytałam książek tego autora. Pewnie zniechęcały mnie brzydkie okładki. Chyba trzeba to zmienić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja długo go omijałam, bo ktoś znajomy przedstawił mi twórczość autora jako sztywną i nieciekawą. Potem przeczytałam u kogoś recenzje "Cudu" właśnie i przyznam, że byłam zaskoczona tak odmienną wizją. Postanowiłam więc spróbować sama i teraz żałuję, że doszło do tego tak późno.

      Usuń
  2. "Cud" był ostatnią czytaną przeze mnie powieścią I.K. (po "Gestach", "Sońce", "Ościach") i mnie nie chwycił, jak tamte. Bawiły mnie fragmenty, które trafnie nazwałaś "pijackim bełkotem ćwierćinteligenta na nutę biblijną".

    Czyli to prawda, że są dwa zakończenia? Ja poznałam to z Wydawnictwa Literackiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie właśnie od "Cudu" się zaczęło. A potem poleciała reszta, choć jeszcze nie wszystkie. "Gesty" na mnie czekają.
      Pierwsze wydanie było z wyd. Czarnego. Miało na okładce latającego ptaka (:

      Usuń

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: