Wełniaste Podejście do Literatury

Grandhotel. Powieść nad chmurami - Jaroslav Rudiš

9 sierpnia 2014 , , ,

"Czasami mam wrażenie, że ludzie są jak chmury. Też tak ciągle się mijają. Gubią. Opuszczają. Znajdują[s.217].

Lubię położyć się na piasku i obserwować przepływające po niebie chmury. Tak leniwie, tak po prostu. Gnane dokądś wiatrem wiszą nade mną przez chwilę, by ustąpić zaraz miejsca kolejnym. Nie doszukuję się w nich żadnych kształtów. Właściwie już nie. Cirrusy, cumulusy, nimbostratusy, stratocumulusy. Potraficie je rozpoznać? Ja chyba nie. Ale brzmienie słowa cirrus podoba mi się nieustająco. Poznałam jednak ostatnio kogoś, dla kogo chmury były całym życiem. Pasją. Celem samym w sobie. Poznałam pewnego osobliwego Czecha. Chmuromira.


"Udało mi się. Mówię to, żeby od początku wszystko było jasne. Żebyście nie musieli się o mnie bać. Ja się nie boję. Unoszę się, na wyciągnięcie ręki mam chmury. Niebo. Sny. Nieskończoność. No i w końcu też samego siebie" [s.9].

Tymi właśnie słowami przedstawił mi się Fleischman. Niezwykły trzydziestolatek bez imienia (postanowił je zapomnieć), dla którego duże znaczenie mają ignorowane przez innych szczegóły, i który w dosyć nietypowy sposób postanowił opowiedzieć mi o swoim życiu. Mieszka zatem, pracuje i podgląda życie innych przez dziurki od klucza w hotelu położonym na szczycie góry Ještěd. Miejscu służącym za doskonały piorunochron dla miasteczka Liberec - szarej plamy nijakości leżącej u stóp góry, a także będącym punktem startowym ostatniego lotu w dół dla wielu samobójców, którzy nie są w hotelu lubiani. Oczywiście jasną sprawą jest, że nie regulują rachunku za pobyt.


Współpracownicy uważają Fleischmana za nierozgarniętego idiotę, bo takie wrażenie sprawia. W końcu przeżył w dzieciństwie traumę, ciągle chodzi do psychiatry, jest prostolinijny, nieskomplikowany, mówi wprost to, o czym myśli, cierpi na niemożność osiągnięcia czegokolwiek (sam się tak diagnozuje), nigdy nie opuścił granic miasteczka Liberec nawet na moment (powierzchnia 106 km kw., 106 tys. mieszkańców), a najważniejsze są dla niego chmury. Gdy coś mu się opowiada, ten zawsze pyta o to, jaka wtedy była pogoda. A kto, do diabła, przywiązuje wagę do pogody, gdy życie mu się wali na głowę? No właśnie. Fleischman w warunkach atmosferycznych dostrzega coś więcej. Uważa pogodę za nośnik wydarzeń, przesuwające się ciepłe i chłodne fronty ludzkich losów. Mając świadomość, że otaczający go ludzie, ci uważający siebie za zupełnie normalnych według ich własnych standardów, mają go za dziwaka, widzą w nim tępaka i zupełnie go nie rozumieją. Mężczyzna celowo odgradza się mentalną szklaną ścianą i zza niej obserwuje ten ich standardowo normalny świat, głośno go dla czytelnika opisując i komentując na swój prosty sposób.

Jitka Grafová nazwała bohatera powieści Rudiša czeskim Forrestem Gumpem. Dla osoby znającej twórczość Winstona Grooma to porównanie wyda się w dużej mierze trafne. Choć ja uważam, że Fleischman jest raczej kuzynem Forresta. Sposób narracji prowadzonej przez głównego bohatera jest dosyć podobny. Różnica między panami polega jednak na tym, że Forrest w pierwszych zdaniach osobiście informuje czytelnika o tym, że jest idiotą. Jego iloczyn rozumu wynosi niecałe 70, więc się kwalifikuje. Fleischmana zaś nikt nie przebadał. To inni ludzie ochrzcili go idiotą, bo za takiego go brali. Wydawać by się mogło, że to bez różnicy? Oj, uwierzcie mi, różnica jest. Znaczna.

W "Grandhotelu" nie znajdziecie wartkiej akcji, punktu kulminacyjnego, namiętnych emocji. Bo "Grandhotel" to "Powieść nad chmurami". To spojrzenie spośród obłoków na innych ludzi. Przezabawna historia rzeczywistości, ludzkiego oszukiwania się i ciągłego poszukiwania. W typowy dla autora sposób, niby mimochodem, stanowi również delikatny komentarz historyczno-polityczny, choć może nie dla każdego będzie to czytelne. To opowieść wcześniejsza i dużo lżejsza niż "Koniec punku w Helsinkach". Lekka, prosta, nieskomplikowana. Inna, choć jak na Jaroslava Rudiša przystało, również skłaniająca do refleksji nad samym sobą.



Polubiłam Fleischmana. Za jego skrywaną nieoczywistość. Za to, że stanowił dla człowieka lustro, że mnie nieoczekiwanie zaskoczył oraz za to, że w końcu poznałam jego imię.

Gdy byłam dzieckiem, spoglądałam na chmurę i doszukiwałam się w niej kształtu. Często na siłę starałam się dostrzec w niej coś, czego tak naprawdę wcale nie było. Może mi się wydawało, może chciałam, żeby było? Nie wiedziałam wtedy jeszcze, czym jest abstrakcja i że jej piękno polega właśnie na osobliwości. Na braku klasyfikacji w przyjęte ramy znanego powszechnie kształtu. Dziś już spoglądam tylko na obłoki. Nie szukam w nich nic konkretnego. Podziwiam je takie, jakimi są, bo w tym tkwi ich urok i oryginalność. Każdy obłok jest inny, choć każdy jest chmurą. To tak jak z ludźmi, prawda?



"A ja mimowolnie myślałem o tym, czy też kiedyś będę miał swoje muzeum, które będzie mi przypominało wspaniałe i smutne chwile mojego życia, i co w nim będzie. I nie przyszło mi do głowy nic innego niż to, że to będzie muzeum chmur, które przetaczają się nad naszym miastem. Cumulonimbus. Nimbostratus. Cirrostratus. Altocumulus. Stratocumulus. Że to będzie muzeum chmur oraz zimnych i ciepłych frontów. I między tym wszystkim gdzieś będę ja. Chmuromir[s. 131].

Wełniaste myśli o innych książkach autora:
_________________________________
tytuł: Grandhotel. Powieść nad chmurami (Grandhotel)
autor: Jaroslav Rudiš
tłumaczenie: Katarzyna Dudzic
wydawnictwo: Książkowe Klimaty
ISBN: 978-83-928051-4-4
ilość stron: 240




Powiązane tytuły

23 komentarzy

  1. Czeskiej literatury w zasadzie nie znam (wciąż się zbieram, by poznać Hrabala), ale brzmi wyjątkowo. A może po prostu tak o tej książce napisałaś... W każdym razie chcę! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo lubię literaturę czeską, a Rudis jest jednym z moich ulubieńców i zawsze go polecam (:

      Usuń
  2. Jak pięknie umiejscowiona książka:)
    Nie znam autora, pierwszy raz spotykam się z tytułem, ale czuję się zainteresowana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam zatem nadzieję, że jak już Ci wpadnie w łapki i przeczytasz, to dasz koniecznie znać, jak Twoje wrażenia.

      Usuń
  3. Przyznaję, że książka mnie zaciekawiła, choć również nie znałam wcześniej tego autora ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękny tekst. Sama książka także sprawia b. pozytywne wrażenie. Cenię sobie lektury, w których zostaje zaprezentowany bohater żyjący poza schematem, poza społecznym marginesem. To dość znamienne, że ludzie lubią kwalifikować takie osoby - których motywy postępowania są dla nich niezrozumiałe, dziwne, bądź tajemnicze - jako dziwaków, nie zadając sobie nawet trudu, by poznać ich historię, by spróbować ich zrozumieć.

    P.S. Dzięki za Stefcia! Widać, jeden tekst poświęcony jego osobie, to w jego mniemaniu stanowczo zbyt mało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaroslav Rudis lubi tworzyć nieszablonowych bohaterów, co bardzo sobie cenię, a przy tym zawsze wtrąci komentarz do historii swego kraju. Ot, przyjemne z pożytecznym.

      A co do Stefanka - nie ma sprawy. Dowód, że czytam uważnie (;

      Usuń
  5. Kusisz, kusisz, kobieto. A powiem ci, że nawet zastanawiałam się chwilę nad tymi chmuroludziami i coś w tym, kurczę, jest. Koniec punku też wygląda ciekawie, ale zacznę od obłoków jednak. To będzie moja pierwsza książka z czeskim pochodzeniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brawo, Zabiegańcu. Nie pogniewałabym się, gdybyś opanowała również czeską kuchnię ^^

      Usuń
  6. Jeśli chodzi o chmury, to dla mnie doskonały jest "Dyzio Marzyciel" Tuwima. Jednak chętnie bym się przyjrzała twórczości Rudisa...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, Ciebie tak w kierunku kulinarnym ciągnie. Niebo pełne bitej śmietany (;

      Usuń
    2. Jeszcze tylko dorobić gofry - i jest fajnie :)

      Usuń
  7. Mam tylko nadzieję, że nie zapiaszczyłaś sobie zbytnio tak dobrej książki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbytnio nie. Piach był suchy jak wiór, więc nawet jeśli jakieś ziarnka chciały opanować strony Rudisa, to po jednym przekartkowaniu wróciły do macierzystej wielkiej piaskownicy. Nici z emigracji (;

      Usuń
  8. Świetnie napisany tekst i, zdaje mi się, bardzo dobra książka, która ma szansę stać się jedną z moich ulubionych.

    Dzięki za zwrócenie uwagi. Tournée po okolicznych bibliotekach czas zacząć. c:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Mam nadzieję, że poszukiwania nie będą długotrwałe, choć z drugiej strony - ruch to zdrowie.
      A jakbyś przypadkiem dobrał też do powieści odpowiedni soundtrack to nie pogardzę informacjami (;

      Usuń
  9. Świetnie piszesz! I jakie pomysłowe zdjęcie. :) Lubię czeską literaturę (ostatnio na komodzie leży Ota Pavel, tj. jego książki leżą), w niej nawet bohaterowie cierpiący na niemożność dokonania czegokolwiek mi nie przeszkadzają (na ogół ich unikam, wystarczy, że sama na to choruję ;). A wspomnianego Forresta lubię tylko w wersji filmowej, książka nie przypadła mi do gustu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo (:
      O, Ota Pavel to niezwykły człowiek. Walczył z własną chorobą poprzez pisanie o swoim dzieciństwie. Strasznie mi się podoba, w jaki sposób opisywał ojca w "Śmierć pięknych saren". Te wspomniane opowiadania oraz "Jak spotkałem się z rybami" zebrane w jednym tomie stoją rzecz jasna na półce. Kiedyś o tym pewnie napiszę (:

      Usuń
  10. Też lubię patrzeć na chmury, ale książka mnie nie kusi :)

    Ps fajny opis na profilu bloggera :) Zapraszam także do mnie :)
    http://niebo-pieko-ziemia.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Same ciepłe wrażenia wyłuskała ze mnie ta książka (czytałam chyba w styczniu, a do Ciebie trafiłam dziś :-)).

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: