Wełniaste Podejście do Literatury

Zabliźnione serca - Max Blecher

10 października 2014 , ,

"Kiedy na dworze jest ładnie, kiedy jest ciepło i słonecznie - ciągnął Ernest - wtedy wszystko wydaje mi się strasznie bezsensowne i niezrozumiałe. Co może robić człowiek pośród takiej jasności świata? (...) Lubię te ponure, deszczowe dni, kiedy siedzisz skulony w domu i czujesz się jak zbity pies"[s.78].

Choroba. Nigdy nie jest przyjemna. Wymaga wewnętrznych sił, by z nią walczyć, a także odwagi, gdy wie się, że nie można z nią już wygrać. Choroba potrafi także zmienić człowieka, jego spojrzenie na otaczający go świat, jego podejście do innych ludzi. Sprawić, że będzie on otoczony miłością, albo pozostawiony sam sobie. Ze swojej winy. Mamy po tyle samo lat. Blecher i ja. Różni nas to, że ja z każdym dniem robię się starsza od niego. Za kilka miesięcy będę już starsza o rok, a potem o kolejne - to taki mój wariant optymistyczny oczywiście. On natomiast już zawsze będzie miał 28 lat.


Max Blecher, urodzony w 1909 roku, pisać zaczął już po zdiagnozowaniu u niego gruźlicy kręgosłupa, zwanej również chorobą Potta. Obrzydliwie nieprzyjemna rzecz, gdy się o niej czyta, a co dopiero gdy się na nią cierpi? W czasie, gdy był przykuty do łóżka, zdążył napisać trzy książki, z czego dwie niedawno wydane zostały i u nas w kraju. Dlaczego tak późno? Bo świat jakoś nieszczególnie interesował się tym rumuńskim pisarzem. Mihail Sebastian w swoich "Dziennikach" opisał go jako "trochę dziwnego chłopaka, żyjącego, w skutek straszliwego bólu, jakby w innym świecie". Ten dziwny świat Blecher postanowił uwiecznić i przenieść na karty powieści. Bo powieściowy Emanuel wydaje się być swoistym alter ego samego autora.


"Berck to nie jest miasto chorych. To niezmiernie subtelna trucizna. Wsącza się prosto w krew. Ten, kto tu trochę pożył, nie znajdzie już sobie miejsca nigdzie indziej"[s.79].

Główny bohater powieści wydaje się z początku nie dowierzać postawionej przez lekarzy diagnozie. Jest młody, właśnie miał rozpocząć w Paryżu studia. Zamiast na kampus akademicki skierowany zostaje do sanatorium w jakimś Berck - gdziekolwiek by to nie było. Przyjeżdża. Obserwuje. Czuje się nie na miejscu. Nie ufa ludziom na jeżdżących łóżkach, wzbudzają w nim wręcz lęk i odrazę. Chwilę później staje się jednym z nich. Obłożony gipsem, z pozycji półleżącej lustruje ten sanatoryjny świat, zachowanie wszystkich jego mieszkańców: pacjentów, personelu, przyjezdnych, odwiedzających. Wyczuwając przy tym jednocześnie swąd tych wszystkich brudnych, lepkich i być może nawet nieco podgniłych pod gipsowymi rzeźbami ciał.


"Czy to byli prawdziwi ludzie? Czuł się, jakby uczestniczył w śmiesznie fałszywej i bezsensownej inscenizacji. Czy uda im się odegrać swój teatr aż do końca?"[s.68].



Główny bohater w końcu dostosowuje się do otaczającej go sanatoryjnej rzeczywistości. Choć mówi się tu oficjalnie o postępach w leczeniu i o rokowaniach na powrót do zdrowia, pacjenci wiedzą, że to jedynie czcze gadki lekarzy. Emanuel nawiązuje znajomości, którymi stara się zgłuszyć myśli o śmierci. Udaje mu się nawet zaskarbić uczucia kobiety, którą następnie odrzuci, na skutek nagłej potrzeby osamotnienia. Choroba zmienia Emanuela. A może jedynie demaskuje to, co tak naprawdę tkwiło w nim od zawsze? Egocentryzm. Egoizm. Strach. Chłopak otacza się nimi, niczym ceglanym murem, który ma oddzielić od niego pozostały świat. Czy choroba może usprawiedliwiać przedmiotowe traktowanie innych ludzi? Starałam się polubić Emanuela, i nie chodzi o litość, czy szlachetną empatię, ale o zwykłą chęć zrozumienia jego świata. Jednak z każdą kolejną stroną utwierdzałam się w przekonaniu, że mam do czynienia z dość egoistycznym dupkiem.


"Widzisz, serca nas, chorych, tyle już otrzymały w życiu ciosów nożem, że stały się taką właśnie zabliźnioną tkanką... Niewrażliwą na zimno... na ciepło... i na ból... Niewrażliwą, siną i stwardniałą" [s.127].

Historia przedstawiona w "Zabliźnionych sercach" nie zrobiła na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Sądziłam, że skoro wskoczyła w Nowy Kanon, będzie czymś wyjątkowym. Napisana w sposób prosty, ręką człowieka, który nie miał i nie będzie miał możliwości rozwoju swego warsztatu pisarskiego, koncentruje się na ludziach chorych: ich podejściu do siebie samego, do innych oraz na sposobach radzenia sobie z myślą o śmierci. Nie chodzi w niej jednak o szczegółowe i drobiazgowe badanie psychiki i odmalowywanie portretów psychologicznych postaci. Dominuje w niej prosty realizm każdej opisanej sytuacji, styl zaś jest oszczędny i zupełnie pozbawiony poetyckości. Mocno podobna w temacie do wydanej o trzynaście lat wcześniej "Czarodziejskiej Góry" Tomasza Manna, a także mocno od niej słabsza w wykonaniu.






_________________________________________________________
tytuł: Zabliźnione serca (Inimi cicatrizate)
autor: Max Blecher
tłumaczenie: Tomasz Klimkowski
wydawnictwo:  WAB
data wydania: 19 marca 2014 r.
ISBN: 9788377479988
ilość stron: 200

Powiązane tytuły

21 komentarzy

  1. To ja chyba najpierw zabiorę się za "Czarodziejską Górę", która czeka na półce :) W ogóle te chorobowe tematy zawsze są bolesne i czasami trudno się przebić przez ten ból wyzierający z kartek... Ale jestem bardzo zaintrygowana. Może po Mannie sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Manna polecam. A w "Zabliźnionych sercach" ciekawe było to, że mimo prób zrozumienia i współczucia z powodu choroby, mimo tego "bólu wyzierającego z kartek" (jak piszesz) główny bohater nie chciał dać się polubić. W końcu powiedziałam "nie to nie, radź sobie sam" i czytałam już bez żadnych uczuć względem niego. Zakładam, że był przeszczęśliwy ;p

      Usuń
  2. Aj, czuję się rozczarowany, bo bardzo dużo obiecałem sobie po tej książce. Tak wiele, że zamówiłem ją nawet niedawno w jednej z internetowych księgarni - wygrałem bon do zrealizowania i w ramach nagrody wybrałem m.in. "Zabliźnione serca". Będzie to chyba pierwsza pozycja z Nowego Kanonu, którą wspólnie przeczytamy :) Ciekaw jestem, czy moje odczucia będą podobne do Twoich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam to ocenisz, a następnie mi za pomocą słowa pisanego opowiesz. Może Ciebie jego twórczość urzeknie?
      A co do ilości książek, to spieszę donieść, że w ubiegłym tygodniu na kiermaszu taniej książki dostałam nowy "Ekspres paryski" za 10zł. Więc będą dwie (:

      Usuń
  3. "Czarodziejska góra" należy do arcydzieł literatury, więc trudno dorównać Mannowi, ale po Nowym Kanonie można się spodziewać dzieła wybitnego. Może rzeczywiście miałaś zbyt wysokie wymagania wobec tej książki i dlatego czujesz się nieco zawiedziona?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy zaczynałam czytać tę książkę, była we mnie jedynie ciekawość - o czym ona mi opowie. Skojarzenie z "Czarodziejską górą", a wraz z nim porównanie, nasunęły mi się same już po zakończeniu lektury. Zatem to nie kwestia wymagań, a raczej tego, że Blecher mnie nie zachwycił, ani niczym nie zaskoczył, ale to tylko jedno moje zdanie, bo zapewne autor ma rzeszę miłośników. W końcu zgodnie z przesłaniem Wełniastego "czytanie to rzecz bardzo indywidualna" (:

      Usuń
  4. Trudno jest się chyba zmierzyć z bohaterem, którego się nie lubi... Nie wiem, czy dotrwałabym do końca takiej powieści, ale lubię wyzwania, więc i tego bym się z chęcią podjęła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle, że to jest bardzo dobre, bo bohater wzbudza w czytelniku realne emocje. Być może wynika to z faktu, że tworząc Emanuela, Blecher opisywał w zasadzie sam siebie.

      Usuń
  5. Jeśli trafię na półce w bibliotece, to chętnie wypożyczę i przeczytam. Jakoś lubię takie książki. Ale bardziej mnie ucieszyła informacja o "Czarodziejskie górze", o której nie słyszałam. I to raczej za tą lekturą będę się rozglądać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To cieszę się, że jednym tekstem zapewniłam Ci dwie lektury (;

      Usuń
  6. Uświadomiłam sobie, że nie czytałam żadnej rumuńskiej powieści, ale kto wie, może kiedyś przyjdzie czas spotkania. A tak przy okazji - nowa wdzianko stronki wydaje się ciepłe i bardzo gładko się po nim porusza. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również niewiele wiem o rumuńskiej literaturze, ale myślę, że z czasem to z ciekawością nadrobię. Szycie wdzianka trwało dosyć długo, bo Wełniaste strasznie marudziło. Ale efekt końcowy mi się podoba. Cieszę się, że Tobie też.

      Usuń
  7. A ja właśnie zamierzałem się z pomysłem kupna "Czarodziejskiej Góry", bo ponoć książka jest znakomita. Tak więc powyższą pozycję odpuszczę na pewno na rzecz wspomnianej powieści Manna.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jaki ładny i elegancki wygląd strony:-) Jestem pod wrażeniem.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nawet jeśli nie jest to niezapomniana lektura, napisałaś o niej tak ciekawie, że z prawdziwą przyjemnością czytało się Twój tekst. A "Czarodziejska góra" jest moim wyrzutem sumienia od czasu pewnych zajęć na studiach, na których prowadzący z niedowierzaniem słuchał, że jeszcze nie czytaliśmy. Minęło już ładnych parę lat od tamtego czasu, a ja ciągle nie mogłabym spojrzeć doktorowi w oczy. Próbowałam, ale to jeszcze nie był TEN czas, na pewno spróbuję jeszcze raz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, nie jest niezapomniana. Ale pojawiają się emocje, dlatego poznać warto i wyrobić sobie własną opinię. Dlatego o niej napisałam, bo sądzę, że to lektura, którą podlega indywidualnej ocenie. A w sprawie pana Manna. Nie martw się, każdy ma takie swoje klasyczne "wyrzuty sumienia". Ja też;p

      Usuń
  10. A ja wszystkich, którzy się zniechęcili tą recenzją, bardzo namawiam, żeby jednak po książkę sięgnęli:)
    Moim zdaniem to wybitna, głęboko prawdziwa, osobista, egzystencjalna powieść, a oszczędność środków i realizm to wyróżnik stylu Blechera.
    A tak w ogóle - fajny blog:)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobała. Gdyby każdemu podobało się to samo, nie byłoby o czym dyskutować (:

      Usuń

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: