Wełniaste Podejście do Literatury

Marsjanin - Andy Weir

25 listopada 2014 ,


Jestem załamany. To już koniec.

Słowa, które tak często możemy usłyszeć wokół siebie. Bo coś w pracy nie wyszło, bo ciasto opadło, bo ktoś nas opuścił, bo zgubiliśmy portfel, bo cokolwiek się stało, dla mówiącego to tragedia trącająca o koniec świata. I nic już nie ma sensu. Pozostaje tylko siąść i płakać. Czasem pech, który nas spotkał, będzie dopełnieniem kryjącej się w nas już od dawna czary goryczy, choć inni mogliby powiedzieć, że przecież nic wielkiego się nie stało. Czasem lubimy też zwyczajnie przesadzać lub użalać się nad sobą. Ilu ludzi, tyle przypadków. Ale tak naprawdę ilu z nas znalazło się kiedykolwiek w sytuacji, gdy skala nieszczęścia przekroczyła już punkt, za którym naprawdę nie ma się już nic do stracenia?


Kiedy Mark Watney odzyskuje świadomość, odkrywa, że z powodu burzy piaskowej jego misja została odwołana, a członkowie załogi ewakuowali się i odlecieli, przekonani o jego śmierci. Jednak Mark przeżył i, choć nieco uszkodzony, pozostał sam na powierzchni Marsa. Niestety, nikt na Ziemi nie ma o tym najmniejszego pojęcia, a w zaistniałych okolicznościach nasz bohater nie może wezwać pomocy. Musimy się tutaj chyba wszyscy zgodzić, że to naprawdę w pełni usprawiedliwiony powód do tego, by się załamać, prawda?

"Jeśli oksygenerator się zepsuje, uduszę się. Jeśli system odzyskiwania wody się zepsuje, umrę z pragnienia. Jeżeli zostanie naruszona hermetyczność Habu, mniej więcej eksploduję. Jeżeli żadna z tych rzeczy się nie wydarzy, w końcu skończy mi się jedzenie i umrę z głodu. Mam przesrane"[s.14].

Co zatem robi Mark. Wyciąga w kierunku czerwonej planety środkowy palec i mówi: "Nie zabijesz mnie tak łatwo". Na przekór kosmicznemu żywiołowi starannie przelicza zapasy pożywienia i ustala, kiedy umrze z głodu. Sprawdza ilość posiadanej wody i ocenia, kiedy umrze z pragnienia. Testuje działanie sprzętu ekspedycyjnego i dochodzi do wniosku, że wszystko z nim w porządku, a przynajmniej na razie. Za cztery lata NASA planowała kolejną misję marsjańską - Ares 4. Mark postanawia zrobić wszystko, by te cztery lata przetrwać i dostać się do oddalonego od niego o około 3,5 tysiąca kilometrów miejsca lądowania kolejnej ekspedycji. Musi więc uzyskać te zasoby, których przywiezione z Ziemi zapasy skończą mu się o wiele wcześniej. Coś z niczego. Na Marsie. Wszystko to wydaje się niemożliwym do zrealizowania szaleństwem. Ale Mark jest optymistą, cholernym optymistą, który nawet w beznadziejnej sytuacji znajdzie powód, by się powygłupiać.

Rozmowa z NASA: 
"[12.04] JPL: (...) Proszę, uważaj na swój język. Wszystko, co napiszesz, nadajemy na żywo na cały świat.
[12.15] WATNEY: Patrzcie! Cycki! ===> (. Y .)"[s.137].

Nie trzeba być fanem science-fiction, by docenić tę powieść. Historię Astrorobinsona poznajemy za sprawą prowadzonych przez niego dzienników. Mark szczegółowo opisuje swoje plany zostania pierwszym rolnikiem na Marsie, pierwszym kierowcą ciężarówki na Marsie, pierwszym piratem na Marsie. Wiele rzeczy robi tam jako pierwszy. Bo czy ktoś z Was, moi drodzy, obrzucił powierzchnię obcej planety swoimi odchodami? To pytanie retoryczne, oczywiście. Choć w jego relacjach dużo jest ścisłych informacji z zakresu biologii, chemii, fizyki, obliczeń matematycznych, szczegółów technicznych budowy Habu, MAVu, łazików, przedstawiane są one w sposób przystępny nawet dla humanisty/laika, o ile oczywiście lubi on powieści SF. Przeciwwagą dla powolnych i spokojnych wydarzeń na powierzchni czerwonej planety (spokojnych z opisu, bo niekontrolowany wybuch sam w sobie spokojny raczej nie jest) są wydarzenia toczące się w NASA, na Ziemi, w domach miliardów mieszkańców. Odkrycie, że Watney żyje, stawia na nogi cały Świat. Czy różne międzynarodowe agencje kosmiczne się zjednoczą i czy będą w stanie mu pomóc?
Autor powieści posiada tak rozległą wiedzę na temat kosmicznych ekspedycji, że zmyślony wydaję się być jedynie bohater, a poruszana w książce tematyka jest w zasadzie dla ludzkości na wyciągnięcie ręki. Zatem być może za parę lat "Marsjanin" będzie po prostu zwykłą powieścią kosmiczną, osadzoną w realiach marsjańskich. To co uderzyło mnie jako czytelnika, to niezwykła siła drzemiąca w głównym bohaterze i nieugiętość. Mimo wielu krytycznych sytuacji nie poddał się zwątpieniu ani przez moment, nie tracił przy tym wiary i dobrego humoru. Jego korespondencja z NASA wywoływała u mnie często głośny śmiech, jego podejście do własnej beznadziejnej sytuacji pocieszało nawet mnie, choć ja tylko o tym czytałam, jego nienawiść do ziemniaków mnie rozczuliła. Jednak gdy opowieść zbliżała się już ku końcowi, siedziałam jak na szpilkach i śledziłam wydarzenia z takimi emocjami, jakbym oglądała film.

Efekt jest taki, że gdy następnym razem będę chciała uznać, że jest beznadziejnie, pomyślę sobie, że odtąd może być już tylko lepiej. W końcu przecież nie jestem na jakimś cholernym Marsie... Ale ta książka dała mi coś jeszcze. Namacalny dowód, że w życiu można osiągnąć wszystko, czego się zapragnie. Wyobraźcie sobie, że ta niezwykła historia, była najpierw dostępnym dla wszystkich na stronie autora darmowym pdf-em. Potem stała się e-bookiem, następnie książką wydaną w wielu krajach, a w konsekwencji Ridley Scott postanowił nakręcić na jej podstawie film z Mattem Damonem w roli głównej. Ciekawe, czy pisząc "Marsjanina" i udostępniając go wszystkim tym, którzy zechcą go przeczytać, Andy Weir przeczuwał, że historia Marka osiągnie taki rozmach. Pamiętajcie zatem, że spełniające się marzenia mogą przerosnąć nasze oczekiwania, trzeba tylko dać im możliwość rozwoju.


"Jeśli turysta zgubi się w górach, ludzie organizują akcję poszukiwawczą. Gdy rozbije się pociąg, ludzie ustawiają się w kolejce, żeby oddać krew. Gdy trzęsienie ziemi zrówna miasto z poziomem gruntu, ludzie na całym świecie wysyłają niezbędne zapasy. Jest to tak fundamentalna cecha człowieka, że odnajdujemy ją w każdej kulturze, bez wyjątku. Pewnie, są dupki, które mają to gdzieś, ale znacznie więcej jest osób, które to obchodzi. I właśnie dlatego miałem po swojej stronie miliardy[s.382].


______________________________________________
tytuł: Marsjanin (The Martian)
autor: Andy Weir
tłumaczenie: Marcin Ring
wydawnictwo:  Akurat - egzemplarz recenzencki
data wydania: 19 listopada 2014 r.
ISBN: 9788377588178
ilość stron: 384

Powiązane tytuły

28 komentarzy

  1. Coś mi się wydaje, że to książka w iście amerykańskim duchu: siłą woli z niemożliwego uczynić możliwe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem. Przeciwieństwo ducha europejskiego, gdzie lepiej widziane jest, by wszystko kończyło się gorzko, słabo lub źle, bo wtedy będzie się o tym mówić i nie zarzuci się dziełu głupiego "hurraoptymizmu" ;>

      Usuń
  2. Nigdy nie czytałam książki w podobnym stylu, a ta mnie zaintrygowała, więc przeczytam. Czekam też na film ;)
    http://pasion-libros.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem w trakcie lektury i na razie bardzo mi się podoba :)

    OdpowiedzUsuń
  4. AAA! Teraz już nie mogę się doczekać lektury :D Mój Gingers mnie namawiał do "Marsjanina", a ja tak jakoś zawsze go zostawiałam na później i teraz WIEM, że OBOWIĄZKOWO muszę przeczytać :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Kolejna pozytywna recenzji tej książki autorstwa kolejnej blogerki, której opinię bardzo sobie cenię. Wychodzi na to, że lektura jest zaprawdę godna poświęcenia jej czytelniczego czasu :)

    Tematyka Czerwonej Planety jest ostatnio jak najbardziej na czasie, bowiem pojawiają się już coraz głośniejsze głosy, ba, są już wręcz plany, dotyczące kolonizacji Marsa. Przyznaję, że ta tematyka bardzo mnie interesuje, dlatego poważnie rozważam lekturę "Marsjanina". Z innych książek o Czerwonej Planecie serdecznie polecam cykl Kima S. Robinsona - "Czerwony Mars", "Zielony Mars" oraz "Błękitny Mars". Klasyka gatunku, a przy tym niesamowita wizja przyszłości, naszpikowana futurystyczno-socjologicznymi aspektami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komplement. Z chęcią poznam różne kolory Marsa. Zwłaszcza, że zaraz zima, a ja zimą odczuwam ogromną potrzebę czytania szeroko pojętej fantastyki. Zasłaniam nią sobie obrzydliwe śnieg i mróz.

      Usuń
  6. Mam w planach tę książkę, bo chyba nigdy nie czytałam niczego z akcją dziejąca się na Marsie :) Coś zupełnie nowego i świeżego dla mnie i jestem tego bardzo ciekawa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem właściwie, jak u Ciebie jest z sympatią do science-fiction, ale nastaw się - jak to podkreślałam w tekście - na sporą dawkę technicznej i naukowo ścisłej terminologii. Żeby potem nie było, że nie uprzedzałam (:

      Usuń
  7. Marsjanin wydaje się być świetną książką, kolejni blogerzy ją polecają. Coś czuję, że trzeba się z nią w najbliższym czasie zapoznać. :) Ostatnia książka SF deczko mnie rozczarowała - pora zatrzeć przykre wrażenie. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajna jest ta powieść. Nawet przy wygórowanych wymaganiach co do SF uznasz, że jest przynajmniej dobra.

      Usuń
  8. Wczoraj ,,Marsjanin" u mnie wylądował i od tamtej pory go pochłaniam :). Poczucie humoru Marka jest całkowicie rozbrajające - taka przeciwwaga dla czasem niełatwej strony chemiczno-technicznej jego opowieści :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się. Dalej będzie coraz lepiej i lepiej (:

      Usuń
  9. Brzmi super!!! Muszę gdzieś jej poszukać, bo zapowiada się bardzo ciekawie! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja już u Kamila na blogu pisałem, że ta książka to dla mnie must-have, bo zapowiada się naprawdę nietuzinkowo :)
    Przy okazji chciałbym tylko powiedzieć, że masz piękną kolekcję s-f! Tylko jedna półka, a ile wspaniałości!!!

    (.Y.) zawsze spoko ;_;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaak, ona się ciągnie jeszcze na drugą ścianę, a pod nią jest jeszcze jedna. I to właśnie fantastyka i sf. Jestem z nich dumna. Kiedyś może o tym miejscu napiszę (ociera łzę wzruszenia i idzie coś zepsuć).

      Usuń
    2. Zróbżesz kiedyś taki drobny post o swoich ulubionych książkach i zaprezentuj jakiś fragment swojej, niewątpliwie prześwietnej, biblioteczki ;)

      Usuń
    3. Kiedyś zrobieżem (?). Słowo.

      Usuń
  11. To mówisz, że dobre ;>? Bo właśnie pomyślałam, że to by mógł być dobry prezent na święta dla mojego T.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówię, że dobre. W kategorii Wełniastego dobrego. Czyli ja bym poleciła. Dlatego też o tym napisałam (:

      Usuń
  12. Ja nie mogę się doczekać tego pełnego od patosu filmu na podstawie książki :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewątpliwie taki będzie. W końcu to Hollywood. I idę o zakład, że dodadzą rozmach tam, gdzie akurat go w książce brakło ^^

      Usuń
  13. Baardzo baardzo chcę ją przeczytać od dłuższego czasu :)

    OdpowiedzUsuń
  14. O! Tą pozycję chętnie bym poznała.

    OdpowiedzUsuń
  15. Jakoś z fantastyką drogi mam rozbieżne, ale opisujesz w taki sposób, że nie wykluczam zbłądzenia na te "obce" tereny. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  16. Mi także fantastyka nie jest najbliższa, ale książkę przeczytałam z zapartym tchem. Polecam. Szybko się czyta. I mimo "jednego aktora" wciąga strasznie ;-)

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: