Wełniaste Podejście do Literatury

Wszystko, co lśni - Eleanor Catton

22 grudnia 2014 , , ,

Dużo słów napisano już o ubiegłorocznej zdobywczyni Booker Prize. Z pewnością powieść przewrócono już dokładnie, przejrzano każde zdanie. Przecież sama autorka opowiadała prasie, jakie znaczenie dla budowy tej powieści ma astrologia. Ruszyły więc analizy. Jakiś szczegół, czy też jakaś drobnostka, coś, co ukryło się w jakimś zagięciu, a czego ktoś jeszcze nie dostrzegł. Takie małe szaleństwo. Ale że ja nie znam się na czytaniu z gwiazd, mało wiem o znakach zodiaku czy obrotach ciał niebieskich, dlatego po prostu zignorowałam ten cały nieboskłon i "Wszystko, co lśni" zwyczajnie przeczytałam.

Catton przedstawiła czytelnikowi historię osnutą dymem z cygar i oparami palonego opium. Opowieść, którą przepełniają mężczyźni, choć duchy przywołują tu dwie kobiety. Podzielona na dwanaście rozdziałów powoli pozwala poznać codzienne życie Hokitika, XIX-wiecznej osady rozpalonej gorączką poszukiwaczy złota, zrozumieć rządzącą osadą politykę, prawo, poznać jej mieszkańców, przyjrzeć się ich nowemu nowozelandzkiemu życiu, odkryć rdzennych mieszkańców zepchniętych gdzieś w kąt własnego terenu, Chińczyków stanowiących wyposażenie kopalni niczym kilof i taczka. Pozwala również znaleźć jednego trupa oraz jedną mocno naćpaną i ledwie żywą prostytutkę w zbyt ciężkim gorsecie. Autorka stawia przed czytelnikiem zadanie, by ten był uważny i sam znalazł odpowiedź na pytanie: dlaczego.


Jednak nie tylko czytelnik chce odpowiedzieć na pytanie autorki. Również jej bohaterowie, zaniepokojeni wydarzeniami, z poczuciem, że zostali być może uwikłani w coś większego, a każdy z nich w jakiś sposób może zostać powiązany, pragną zebrać jak najwięcej informacji. I w chwili, gdy w jednym pomieszczeniu, tym hotelowym saloniku pachnącym dymem i alkoholem, zbiera się dwunastu mężczyzn oraz niedostrzegalny dla ich oczu czytelnik, rozpoczyna się, proszę państwa, kryminał - mówią też, że thriller, choć tym ostatnim określeniem ja bym akurat nie szastała. I choć wydawać by się mogło, że najważniejsze będzie dla wszystkich rozwiązanie zagadkowej śmierci, tak naprawdę mężczyznom wcale nie leży na sercu odnalezienie mordercy. Martwienie się o siebie, jest o wiele ważniejsze. Bo przecież chodzi o to, by nie być pod żadnym pozorem zamieszanym.

Catton napisała "Wszystko, co lśni" w duchu i w stylu XIX-wiecznych powieści i nie można w tym miejscu nie docenić fantastycznej pracy tłumacza. Już z tonu wypowiedzi bohaterów po prostu czułam, że oni wszyscy noszą wąsy, surduty, kamizelki i mają zegarki na dewizkach. Każdy z bohaterów zostaje dokładnie zaprezentowany, wręcz opowiedziany w taki sposób, że kiedy wkracza do akcji, wiem już o nim niemal wszystko. Niemal, bo przecież o to w kryminale chodzi, by jednak coś zostało zatajone, niedopowiedziane. Autorka zaplanowała kolejność wydarzeń z niezwykłą precyzją. Wszystko w tej powieści - każde zdarzenie i każde wypowiedziane słowo mają wpływ na dalsze losy bohaterów. Trzymając książkę w dłoniach można odczuć ogrom pracy, jaki Catton musiała włożyć w to, by wszystko tak sprawnie działało i nie ma się wątpliwości, że to dzieło dopieszczone pod każdym względem.


Nie do końca jednak zrozumiałam ideę powtórzenia zastosowanego na koniec, kiedy już wszystko zostało wyjaśnione. Charakterystyka rozdziału na pół strony, a jego zawartość to ledwie kilka krótkich zdań. Ponownie szybko przebiegamy przez znane zdarzenia, autorka coś nam niby dopowiada, jakiś szczegół historii, który i tak już niewiele wnosi i nic nie zmienia. Pomyślałam sobie złośliwe, że może do zamknięcia cyklu wędrówki księżyca pozostało jeszcze trochę czasu i czymś go trzeba było zapełnić.


Powiem wam coś jeszcze. Paradoksalnie entuzjastyczna reakcja krytyków i większości czytelników moim zdaniem nieco zaszkodziły tej książce. Kiedy po nią sięgałam, wyobrażałam sobie, że będę zarywać przez nią noce, że będę wracać do niej myślami w chwilach, gdy nie będę jej czytać, że w nią wsiąknę i nie będę mogła z niej wyleźć. Nic takiego się jednak nie stało. Owszem, nie można odmówić młodziutkiej autorce talentu, solidnego warsztatu pisarskiego, pomysłu na fabułę, drobiazgowości, ale wszystko to składa się jak dla mnie na powieść naprawdę dobrą, rzetelnie napisaną, ale nie arcydzieło. 

Możecie mnie za to zastrzelić, ale zdania nie zmienię.
(Tanayah - obrońca owiec - zabroniła nawoływań).

"Ja ze swojej strony uważam, że żadne całe prawdy nie istnieją, są tylko prawdy mające związek ze sprawą, prawdy trafne, celne... A celność, zgodzicie się ze mną, jest zawsze kwestią punktu widzenia" [s.333].


_____________________________________________________
tytuł: Wszystko, co lśni (The luminaries)
autor: Eleanor Catton
tłumaczenie: Maciej Świerkocki
wydawnictwo:  Literackie -
egzemplarz recenzencki
data wydania: 9 października 2014 r.
ilość stron: 935







Powiązane tytuły

29 komentarzy

  1. Nie nawołuj do przemocy względem owiec :D

    A powieść Catton mnie mocno fascynuje, a że mam ją na czytniku, to jest szansa, że niedługo ją ugryzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobrze, dobrze. Powiedz, czy tak jest lepiej (:

      Usuń
    2. Lepiej! I żeby mi to było ostatni raz ;)

      Usuń
  2. Strzelać nie będę, bo nietknięta książka czeka na półce i nie wiem, jak sama ją ocenię :) Ale często tak mam, że to, co innych zachwyciło, mnie się podoba, ale nie rzuca na kolana. Rozumiem więc, co tu się stało :) Ale cieszę się, że Catton przypadła Ci do gustu, bo coraz bardziej mnie do niej ciągnie - może świąteczne wieczory spędzę z tym tomiszczem? :) Bardzo jestem ciekawa tej astrologii, autorka tak ciekawie o tym opowiadała, ale nastawiam się po prostu na dobrą lekturę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypadła. I bardzo się cieszę, że zostałam poprawnie zrozumiana (:
      A książkę na świąteczny czas polecam, z pewnością przyjemnie umili Ci czas.

      ps. Ekrudo, "Kochanek..." wypada w Wigilię. Z góry już wiem, że niestety z Tobą nie obejrzę.

      Usuń
    2. Tak, w Wigilię byłoby trudno. Zdaje się, że nasz cykl się kończy, ale daj znać, jeśli znowu wypatrzysz coś ciekawego, chętnie się przyłączę do oglądania :)

      Usuń
  3. Jakoś tak myślę, że co głośne i przesadnie chwalone, jest zazwyczaj trochę podejrzane ;) Wszystko, co lśni mam i pewnie przeczytam (kiedyś), ale na zachwyty się nie szykuję ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Czytanie to rzecz bardzo indywidualna i ściśle powiązana z subiektywnymi odczuciami" - Wełniaste ;p

      Usuń
  4. Bardzo dużo dobrego czytałem już o tej książce. Po Twojej recenzji również widać, że (choć nie zarywałaś nocy), to jednak bardzo Ci się podobała. Mam tylko jedno pytanie Owieczko. Bardzo zresztą ważne.
    Czy ta książka skierowana jest do jakiegoś konkretnego czytelnika? Bo niby mamy tutaj kryminalną zagadkę, ale jednak w zdecydowanej większości recenzji pojawia się hasło, jakoby "Wszystko co lśni" była powieścią typowo kobiecą, "glamour" niemalże. Ty niczego takiego nie napisałaś (choć miałem nadzieję, że trochę się o tej astrologii rozgadasz), więc pytam. Dałoby to rade upchnąć na półkę Śniącego? (gdzieś w okolicach "Martina Edena" i tym podobnych powieści w duchu XIX wieku)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo pewnie większość tych recenzji pisały kobiety, które skupiły się na wątku uczuciowym, a który ja zupełnie zignorowałam, tak? Widać dla mnie istotniejsza jest polityka, bardzo martwe zwłoki i tajemnica (:
      Martin Eden też się zakochał i w zasadzie wszystko, co robił, robił z myślą o Ruth (do pewnego momentu), prawda? A jednak to nie romans. Tak więc śmiało możesz "Wszystko, co lśni" postawić sobie na śniącej półce i czytać.

      Powieść "glamour". Och, Dżizas... Weź mi to zdefiniuj (:

      Usuń
    2. To spoczko :) Dobrze wiedzieć :)
      I fakt - większość dotychczas przeczytanych przeze mnie recenzji tej powieści skupiała się na uczuciach, miłości i tym całym romansowaniu.
      A powieść "glamour"? Hmm, chyba taka bardzo kobieca, salonowa bym powiedział. Dla pięknych i inteligentnych dam, hehe :v

      P.S. Ruth - znielubiłem tę francę :v

      Usuń
    3. Jeśli mogę się wtrącić, to „Wszystko, co lśni” stanowczo nie jest powieścią glamour :) Jest właśnie bardzo męska! Nie wiem, czy Owca potwierdzi, ale mnie się ta narracja Catton wydała bardzo konkretna, szorstka wręcz momentami, tak że trudno było czasem uwierzyć, że pisała to kobieta. A wątek miłosny moim zdaniem jest bardzo ważny, ale mało wyeksponowany, trochę ukryty, zupełnie się nie narzuca i właściwie dopiero pod koniec dochodzi do głosu. To już w „Martinie Edenie” więcej tego romansu :)

      Usuń
    4. Twoją recenzję Naiu też czytałem - w zasadzie to była jedna z pierwszych recenzji tej powieści i to właśnie Twoja "wina", że o niej zacząłem myśleć :) Ale z biegiem czasu czytałem coraz więcej recenzji skupiających się na tym wątku miłosnym i byłem trochę skołowany.
      Ale OK.
      "Wszystko co lśni" trafi na moją półkę :)

      Usuń
    5. Potwierdzę. Żadne tam obyczajowe glamour dla panien. Czytaj.

      Usuń
  5. Ja póki co, tylko o tej książce myślę. Nie zasiliła jeszcze moich półeczek mieszkaniowych. Jak przeczytam, dam znać, czy podzielam twoje zdanie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze. Będę czekać na kawałek białego kota przy okładce (:

      Usuń
  6. Mam w planach to opasłe tomisko ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Często jest tak, że gdy nastawimy się na świetną książkę to w trakcie czytania ten nasz entuzjazm maleje i w końcu książka okazuje się dobra, a nie świetna. Nie lubię tego uczucia, dlatego z reguły staram się nie wyrabiać zdania o książce przed przeczytaniem - choć czasami się po prostu tak nie da. Niemniej jednak "Wszystko co lśni" zamierzam przeczytać. Nie wiem czy w najbliższym czasie, ale kiedyś na pewno :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ha, ja rzadko kiedy sięgam na gorąco, od razu, z miejsca po takie książki, nad którymi wszyscy pieją z zachwytu. Wolę spokojnie przeczekać, aż cały ten tuman gwaru opadnie i będę mógł wreszcie dostrzec sam utwór i skoncentrować się na lekturze. Druga sprawa to fakt, że im mocniej dana pozycja jest reklamowana, tym ostrożniej należy do niej podchodzić. Reklama to taka okrutna rzecz, która w przypadku książek b. często sprowadza się do niepotrzebnych wyolbrzymień :)

    OdpowiedzUsuń
  9. no i proszę, wreszcie ktoś spoglądający chłodnym wzrokiem na tę powieść. czytałam, czytałam i cały czas czekałam aż mnie ta powieść porwie, ale nie porwała do końca. owszem, były świetne momenty, ale jednak tylko 'momenty', a na tak zachwalaną książkę, 'momenty' to o wiele za mało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo ja zawsze piszę, jak czuję. A Ty to rozumiesz, bo masz tak samo.
      Bez dodatku glutaminianu sodu (:

      Usuń
    2. glutaminian sodu cały czas czeka na zużycie! (jak nietrafiony prezent świąteczny #tru)

      Usuń
  10. Mam tę książkę w planach. Po przeczytaniu podzielę się własną opinią :)
    www.rozdzial5.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Mnie w tej książce zafascynowało własnie to skracanie kolejnych rozdziałów, zgodnie z kolejnością faz księżyca. Przez to ostatnie są jedynie streszczeniami, zapowiedziami tego, co musimy sami sobie dopowiedzieć. Według mnie, jest to największy atut tej książki - forma. potem jeszcze język. Aż chciałabym przeczytać ją w oryginale (tyle, że nie mam tyle odwagi).

    OdpowiedzUsuń
  12. Na pewno kiedyś przeczytam, choć postaram się w oryginale, więc nie docenię pracy tłumacza. I na pewno też nie będę się specjalnie wgryzać w astrologię, choć ta forma mnie bardzo ciekawi. Zobaczymy, zobaczymy czy się przyłączę do owczego zdania:)

    A na marginesie, wesołych świąt! Ładnie tu u owcy śnieży, nie tak, jak za oknem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzajemnie, Hadyno! (:
      (w świątecznych rozjazdach, dorwawszy się do Internetu, choć to już dzień drugi świętowania, ale lepiej późno niż wcale)

      Usuń
  13. Końcówka rzeczywiście w zwykłej powieści rozczarowuje, z historii jakoś uchodzi powietrze... Dopiero, gdy się bierze jednak pod uwagę tę astrologię, to ma to jakiś sens. Po przemyśleniu doszłam do wniosku, że nawet spory. Bo rozdziały rozplanowane są nie tylko pod względem treści, stopnia ujawniania tajemnicy, ale też matematycznie. W oryginale (bo w polskim przekładzie co do strony już się nie zgadza) - części mają dokładną ilość stron, za każdym razem o połowę mniej. Ma to przedstawiać ubywanie księżyca. To tak jakbyśmy oglądali tę historię za każdym razem z inną ilością światła - a na końcu w tych dziwnych częściach, które niby nic nie wnoszą - widzimy z tych historii tylko to, co najważniejsze, te elementy podstawowe, wokół których później autorka rozbuchała całą akcję. Ciekawe, ale przekombinowane. Bardziej prestidigitatorstwo niż pisarstwo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wszystko to można było usłyszeć z ust samej autorki, która szeroko omawiała sposób budowania swej powieści w prasie i telewizji. Chodzi o to, że ta wiedza kompletnie nic nie zmienia. Co z tego, że wiem, że ten bohater ma wszystkie cechy przypisywane jednemu ze znaków zodiaku? Na mój odbiór fabuły zupełnie do nie wpływa. Bo ona jest taka, a nie inna. Prestidigitatorstwo, mówisz. Ja miałam zbliżone skojarzenie. Uznałam to za doczepianie kokardek, by ładnie wyglądało (:

      Usuń
  14. Miałam przyjemność przeczytać tę książkę. Co prawda nocy przy niej nie zarwała, ale bardzo mi się podobała. Dopracowana, porządnie napisana, dopieszczona, a do tego cegła - co lubię ;)

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: