Wełniaste Podejście do Literatury

Michael Crummey: Sweetland

13 maja 2015 ,

"Za każdym razem, gdy miał odłożyć książkę, przyglądał się okładce, obracał ją, by popatrzeć na tytuł. Cytat z jakiejś gazety z Toronto, że to autentyczna Nowa Fundlandia.
Sweetland doszedł do wniosku, że z tego, co napisał tę książkę, był taki Nowofundlandczyk jak z koziej dupy szkuta, a już na pewno w życiu nie złowił ani nie oczyścił nawet jednej ryby." - Michael Crummey

Tak się składa, że miałam w życiu przyjemność złowić całkiem sporo słodkowodnych ryb (dzięki, tatuś!), czasem też jakąś słonowodną oczyszczę, o ile Ulubiony akurat nie może tego za mnie zrobić. Ot, Dolnoślązaczka, która od dekady jest Pomorzanką. W żadnym wypadku Nowofundlandką. Mam tu ciepłe, dające się przeżyć lato i wspaniałą wiosnę, nawet, gdy pada. Tam - jeśli wierzyć Crummeyowi, a czemu miałabym nie wierzyć? - nawet w lipcu potrafi być zimowo. Dlatego mi wystarcza, że o tej autentycznej Nowej Fundlandii czytam powieści tworzone przez prawdziwego Nowofundlandczyka. Myślę, że nawet Pan Sweetland by go zaakceptował.

W swojej najnowszej powieści Michael Crummey przedstawia czytelnikowi małą wysepkę u wybrzeży Nowej Fundlandii, która swą nazwę zawdzięcza przodkom głównego bohatera, Mosesa Sweetlanda. Moses przez lata pełnił na niej funkcję latarnika. Musiał jednak przejść na emeryturę, gdy zastąpiło go w pełni zautomatyzowane światło. Ten postęp sprawił, że Moses zamknął się w swoim domu i w sobie, stał się na starość nieco zrzędliwy i trzymał się na uboczu życia społecznego wyspy. My, czytelnicy, przybywamy na wyspę w czasie, gdy kanadyjski rząd składa Sweetlandczykom propozycję nie do odrzucenia. Chce wykupić całą wyspę, wypłaci mieszkańcom pokaźne kwoty pieniędzy i oczywiście pomoże się urządzić gdzie indziej, gdzie tylko dany mieszkaniec sobie zażyczy. Warunek przeprowadzenia transakcji jest jeden. Zgoda musi być jednomyślna. Wszyscy mieszkańcy nieistniejącej w świadomości reszty świata wyspy Sweetland są tym pomysłem zachwyceni. Niemal. Bo pan Moses Sweetland mówi: nie.

Nie trudno się domyślić, że decyzja Sweetlanda znacząco wpłynęła na nastroje na wyspie i temperaturę sympatii innych. Pomyślałam, że pewnie go zabiją i problem rozwiążą. Ale tak się nie dzieje. Decyzja głównego bohatera jest tu punktem wyjściowym i pozwala Crummeyowi opowiedzieć piękną, zarówno zabawną jak i smutną historię o samotności, wyobcowaniu, o więzach rodzinnych i sąsiedzkich, o domu, który - gdzie byśmy nie byli - zawsze jest i czeka. Wreszcie o tajemnicy, którą czytelnik zaczyna dostrzegać, a która stopniowo się rozwija w miarę przewracania stron. Aż do tej ostatniej. Do samego końca.

"Równomierny metronom fal; nieprzerwany przemysłowy harmider mew. Dźwięk deszczu nadciągającego znad oceanu - słyszał go z wielu mil, długo przed tym, jak krople zaczęły dudnić o wyspę niczym kopyta przebiegającego stada dzikich zwierząt"[s.230].

Nowa Fundlandia u Crummeya jest szorstka, zimna, niegościnna i cuchnąca suszącymi się sieciami rybackimi. To się nie zmienia i pod tym względem można być autora pewnym. Klify, wiatr, śniegi lód. Jednak dziwnie się czułam, gdy bohaterowie Crummeya rozmawiali o zdjęciach na facebooku, grali w pokera online, mieli laptopy i telefony komórkowe. To mi wręcz nie pasowało do wyspy, do postawionych na niej trzeszczących, drewnianych domów, do zamieszkujących ją ludzi. Bohaterowie tworzeni przez autora są dla mnie niczym postacie z przeszłości. W trakcie lektury mam nieustające wrażenie, że jestem gdzieś w "dawno, dawno temu". Ze dwieście lat wstecz. W dzikim, porzuconym przez ludzi i bogów miejscu. I nawet jeżeli ni z tego, ni z owego w najnowszej powieści ktoś wyciągnął telefon z kieszeni, był to dla mnie oczywisty zgrzyt, ale widok sam w sobie pozostał niezmienny. Dziewiętnastowieczna osada rybacka i jej mieszkańcy. Ciągle nie mogę wyjść ze zdumienia, jak on - Michael Crummey - to robi, że właśnie tak się ze mną dzieje.

Dobra. 
Tak właśnie pomyślałam sobie o "Sweetland", gdy przewróciłam już ostatnią stronę. Wszystko jest w tej powieści ok - surowy klimat, nieco gawędziarski crummeyowski styl, wyobcowanie, samotność, niezrozumienie, tajemnica, śnieg i lód. I ciemne, milczące postacie. Dużo w tej powieści dialogów, a przynajmniej właśnie to zwróciło moją uwagę, gdyby porównywać z jego pierwszą (wydaną w Polsce, a trzecią w ogóle) powieścią. "Sweetland" jest lekturą przyjemną, dobrze napisaną. Co prawda nie czułam już dreszczy, które mi towarzyszyły przy "Dostatku". Mniej tu jest magii (co nie oznacza, że wcale), więcej za to realizmu. Porównywanie ich zatem ze sobą, jest chyba bezcelowe. Niezmiennie jednak Michael Crummey przemawia do swojego czytelnika poprzez całą powieść. Wysyła wiadomość. Niby nieco inny Crummey. A jednak ten sam. Czuje się to.


Wełniaste myśli o innych książkach autora:
Michael Crummey - Dostatek
Michael Crummey - Rzeka Złodziei
_______________________________________________________
tytuł: Sweetland (Sweetland)
autor: Michael Crummey
tłumaczenie: Michał Alenowicz
wydawnictwo:  Wiatr od Morza - egzemplarz recenzencki
data wydania: 11 maja 2015 r.
ISBN: 978-83-936653-7-2
ilość stron: 400

Powiązane tytuły

18 komentarzy

  1. Ha, miałam bardzo podobne odczucia :) Akurat wczoraj skończyłam lekturę. Było dobrze, wciąż szorstko i chłodno, ale nie porwała mnie tak jak "Dostatek". "Dostatek" był dla mnie doskonały, "Sweetland" - dobry.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sobie jeszcze "Pobojowisko" planuję przeczytać w niedługim czasie.

      Usuń
  2. Hm... wtyczka Wordpressa coś nie działa mi u Ciebie :( No nic, to Wielki Buk prywatnie będzie :D
    "Dostatek" to była absolutna pyszność! Na "Sweetland" będe polować, zobaczymy, ale faktycznie ta nowoczesność tak jakoś nie pasuje do obrazu surowych skał, wzburzonego morza i rybackich sieci... Jestem bardzo ciekawa :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że jakoś do końca się nie przyzwyczaiłam do tego. Dlatego o tym wspominam. Nie było to jedynie chwilowe wrażenie.

      Usuń
  3. Bardziej spokojna, "stateczna" lektura. Chyba ją sobie zamówię na ciemny, jesienny czas, bo teraz zdecydowanie nie dam rady wczuć się w atmosferę i zepsuję sobie lekturę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właśnie o zimie czytam wiosną/latem, gdy mogę w każdej chwili wyjść na balkon i ogrzać się w słońcu (:

      Usuń
    2. Haha, to też jakaś metoda ;) Ja zdecydowanie wolę żeby warunki zewnętrzne pomogły mi się wczuć ;)

      Usuń
  4. Muszę powiedzieć, że po Twojej recenzji obu Crummeyów mam większą ochotę na "Sweetland", "Dostatek" pewnie w końcu przeczytam, ale ten "Sweetland" mnie kusi od punktu wyjścia (latarnik! chęć wykupu wyspy!) po rezygnację z niektórych zabiegów narracyjnych. Zobaczymy :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jeśli chodzi o narrację to jest najzupełniej w świecie normalna. Nie jest dostatkowa (:

      Usuń
  5. Jestem ciekawa tej książki. "Dostatek" również mnie zachwycił i chciałabym wiedzieć jak odbiorę "Sweetland" :) Przeczytam na pewno, a i "Pobojowisko" mam w planach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze swojej strony mogę tylko serdecznie polecić. Dobre lektury (:

      Usuń
  6. Nie czytałam do tej pory żadnej książki Crummeya, ale po tym co piszesz, myślę, że w podobnym klimacie jest powieść Jóna Kalmana Stefánssona. Akcja książki rozgrywa się na Islandii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to bardzo chętnie się przyjrzę (póki ciepło na zewnątrz;p ).

      Usuń
  7. A ja bym oddała wszystkie książki i gry świata, by zobaczyć, jak wyciągasz z ryby flaczki! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, po prostu kiedyś zamiast "na obiad" przyjdź na "przygotowywanie obiadu". Wiesz, wcześniej niż na gotowe, cwaniaro;p Gier oddawać nie musisz. Mam te same przecież. A książki sobie zostaw, nie śmiem odbierać ludziom lektur (;

      Usuń
  8. Muszę przyznać, że brakowało mi czytania Twoich niebanalnych opowieści o książkach. Dziś nadrabiam lekturę. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi (: Jutro postaram się stworzyć jakąś nową opowiastkę (:

      Usuń
  9. Wszyscy porównują do "Dostatku". Muszę koniecznie sięgnąć po ten tytuł, bo tego aspektu przy lekturze byłam pozbawiona...

    OdpowiedzUsuń

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: