Wełniaste Podejście do Literatury

Teodor Parnicki: Trzy minuty po trzeciej

25 listopada 2015 , , ,


Może komuś z Was nazwisko Parnicki wyda się znajome. Chodzi mi o konkretnego człowieka, wybitnego znawcę i krytyka literatury historycznej, pisarza powieści historycznych oraz tego, co dziś nazywamy historical fiction. O Teodora Parnickiego. Łapka do góry, kto ma za sobą lekturę np. "Tylko Beatrycze", czy "Srebrnych orłów". Pewnie mało kto z tendencją ku niemal nikt.

W większości notek biograficznych jego debiut wskazywany jest na rok 1936, czyli czas Aecjusza, ostatniego Rzymianina. Jednak przed tą datą pan Teodor również pisał. Być może osoby chwalące jego dorobek naukowy, intelektualiści i komentatorzy dzieł, woleli nie wspominać oficjalnie, że prawdziwym debiutem Parnickiego była nie żadna rozprawa historyczna, żadna wybitna i przyciężka od głębokich przemyśleń głównych bohaterów powieść historyczna, tylko ni mniej, ni więcej awanturnicza i w pełni fikcyjna opowieść, którą określono wręcz mianem egzotyczno-sensacyjnej. Piszę o tym, bo mnie to bawi.

Za to główni bohaterowie "Trzech minut po trzeciej" powodów do radości nie mają naprawdę żadnych. Chodzą po ludziach przypadki, a jeden taki przechodzący sprawia, że Piotr Iwanowicz Zagorski zostaje wzięty za kogoś zupełnie innego i w efekcie nieomal ginie. W tym nieomal ginięciu z rąk tajemniczego japońskiego zakonu/trybunału towarzyszy mu przyjaciel Aleksander Aleksiejewicz Flagin. Nieomal. Okazuje się, że w ręce niepowołane, bo sowieckie, trafiają niezwykle cenne dla Japonii dokumenty, których treści nikt niepowołany poznać po prostu nie może. Dwaj cudem ocaleni dżentelmeni otrzymują jedną, jedyną szansę na uratowanie swego życia. Mają dla Japończyków owe dokumenty odzyskać. Inaczej zginą i tym razem już tak na dobre. Panowie Zagorski i Flagin, czując, że tak czy siak są udu...straceni, postanawiają przeżyć ostatnią w swym życiu przygodę.

To taka elegancka powieść w dawnym stylu, wiecie? Awanturka w egzotycznym miejscu. W porównaniu do współczesnych powieści sensacyjnych może wydać się mało waląca po twarzy i nieco zbyt grzeczna. Ale co z tego. Najważniejsze i przez wieki niezmienne elementy sensacji, tzn. strzelaniny, pościgi, niebezpieczeństwo, nagłe i nieoczekiwane zwroty akcji, kobiety (Kobiety!) i samochody (a nawet parę razy Wagner i jego Tannhäuser) jak najbardziej są. A wszystko to rozgrywa się w niezwykłej atmosferze Mandżurii okresu międzywojennego. Prawdę mówiąc, przez cały czas widziałam wszystko w muszce albo pod krawatem. Dżentelmeńsko tak. Napaść w muszce, pościg w fularze, a strzelaninka w surducie. A co.


Powieść świetnie uzupełniają zamieszczone w niej fotografie z życia międzywojennych mandżurskich miast, w których rozgrywają się opisywane wydarzenia. Zdjęcie powyżej przedstawia ulicę Kitajską w Harbinie i właściwie idealnie oddaje ówczesnego ducha miasta. Witryny opisywane były po rosyjsku, chińsku oraz japońsku. Na chodnikach mijały się europejskie garnitury, japońskie kimona i chińskie qipau. Było to takie kosmopolitycznie miasto, zwane Paryżem dalekiego wschodu. W 1931 roku, gdy Teodor Parnicki miał 23 lata i wydawał "Trzy minuty...", to położone daleko, daleko w egzotycznej dla mnie Mandżurii w Chinach miasto zapisywano Charbin i nawet znajdował się w nim polski konsulat.  Kolej Wschodniochińską budował tam Polak. Dziś Harbin pisze się przez samo h, a w podobno w 1993 roku wyjechał z niego do Warszawy ostatni reprezentant Polonii w Chinach.

Przyznam szczerze, że niezwykle wdzięcznymi okazały się poszukiwania informacji na temat miasta, regionu, jego historii międzywojennej. Równie ciekawą postacią okazał się być sam Teodor Parnicki, ale jeśli napiszę jeszcze akapit więcej, nikt już nie będzie tego czytał. Zakończę zatem ukłonem w Waszą stronę i cytatem, który nie pochodzi co prawda z "Trzech minut...", ale jest wybitnie odautorską i piękną myślą wkomponowaną w inne jego dzieło.

Piszę bowiem, nie aby prawdę przez siebie poznaną utrwalić, tylko by ku prawdzie, której nie znam dotrzeć. Gromadzę tysiące i tysiące słów. Nie! Źle się wyraziłem: gromadzę; lepiej: kopię. Te tysiące i tysiące słów z głębin siebie wydobywam, rzucam je na pergamin […] krocie słów to coś, z czego muszę się wyzwolić, by dokopać się - do czego? nie wiem. […] I właśnie teraz zastanawiam się, czy nie jest celem tej mojej roboty dokopanie się do radości życia. Że oto gdzieś jeszcze dalekie są słowa, zestawienia słów, zestawień zespoły, do których dotarcie pozwoli mi odczuć dreszcz, co na mowę przełożony znaczyłby: „Jak to dobrze, że żyję”.
Słowo i ciało - Teodor Parnicki


Za możliwość poznania dżentelmenów w dawnym stylu dziękuję Noir Sur Blanc.
_______________________________________________
tytuł: Trzy minuty po trzeciej 
autor: Teodor Parnicki
wydawnictwo: Noir Sur Blanc
data wydania: wrzesień 2015
ilość stron: 400
egzemplarz recenzencki
Trzy minuty po trzeciej [Teodor Parnicki]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Powiązane tytuły

0 komentarzy

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: