Wełniaste Podejście do Literatury

Tyle do zrobienia i wyniki haikunkursu, czyli październik za nami.

2 listopada 2015 ,


0. Bajka.

Dawno, dawno temu, gdy nie było nigdzie instytutów meteorologii, a panowie i panie pogodynki, nieświadomi zupełnie swej medialnej przyszłości, zwyczajnie grabili siano, ludzie zmuszeni byli uważnie obserwować cykliczne zmiany w przyrodzie, by dostrzegać pewne prawidłowości. Następnie potomnym przekazywano pozyskaną w ten sposób wiedzę, którą dla ułatwienia życia (bo te brzytwy dopiero czekały na ostrzenie), ubierano w porzekadła. I tak właśnie mówi się, że jeżeli w październiku liść na drzewie mocno trzyma, to nieprędko przyjdzie zima. A co ja zaobserwowałam? Liście trzymają się pięknie, kolorowo i dzielnie, a mnie w październiku w sumie otaczały same dobroci.
Koniec Bajki.


1. Wełniaste literackie zwiedzanie Świata, czyli gdzie byłam, gdy mnie nie było.

Zaczęło się niby niewinnie od "Wakacji" Stanley'a Middletona. Morza szum, ptaków śpiew i podglądanie człowieka, który obserwuje innych ludzi i poddaje ich skrupulatnej analizie. Przepiękny obraz społeczeństwa brytyjskiego w latach 70-tych XX wieku, jak również zaskakujące podejście do małżeństwa i roli dialogu w nim. I słowa na tych wakacjach padały ładne, bo "Wakacje" są naprawdę ładnie napisane. Tylko morze zimne, bo Północne.



Po lenistwie w kurorcie zachciało mi się przygód. Ruszyłam więc przed siebie, by znaleźć je w zapomnianej austriackiej mieścinie. Gregory Samak swoją "Księgą życia" kusił, obiecywał doskonałą zabawę. Owce naprawdę lubią się bawić, dlatego powiedziałam "tak" i wsiadłam na bardzo cacy wizualnie karuzelę, której elementy nie były jednak dość dokładnie poskręcane. Ale to wyszło już w trakcie jazdy. Bolało.


Pozbierałam potłuczoną wełnę i ruszyłam na wojnę, by zaleczyć siniaki. I powiem Wam, że bardzo dobrze zrobiłam. Poznałam tam wszystko, co najgorsze, zobaczyłam ludzi wypranych z emocji, znieczulicę, doświadczyłam ludzkich głębokich cierpień i wielkich wewnętrznych przemian. I dzięki "Ścieżkom północy" Richarda Flanagana na półkę wyjątkowych/ważnych/specjalnych owczych książek przybyła kolejna. Nieważne, co powiedzą o niej inni. Wełniaste jest oczarowane, a Owca razem z nim, dlatego zapragnęłam kogoś za sobą tymi Ścieżkami powlec.


Rozochocona tak piękną wojenną literaturą, postanowiłam pozostać w czasach wojennych i zameldowałam się w hotelu "Arden" Frederica Vergera, by odpocząć i się zrelaksować po tym, co dane mi było widzieć. Ale o spokoju mowy nie było. Bo co też się w tym hotelu działo! W jednej chwili zasiadałam do wytwornego obiadu, a po chwili stałam przed mikrofonem w otoczeniu przerażonych wizją rychłej śmierci ludzi i wyśpiewywałam arie operetkowe, podczas gdy w oddali widać było niemieckie wojsko. Galop i szaleństwo, moi drodzy. Gdybyście kiedyś odwiedzali Marsowię, koniecznie musicie się w tym hotelu zatrzymać.
___________________________________

2. A kto ze mną pójdzie Ścieżkami Północy?

Pozwalam sobie wyniki wpleść w podsumowanie, żeby zachować ład i porządek na Wełniastej stronie. Wszystkie zgłoszone haiku były urocze. I cudze, i własne, dlatego wszyscy, którzy się zgłosili, wylądowali w jednej filiżance w groszki i oto wyłonił mi się z niej wczoraj portret szczęściarza, który pójdzie za mną Ścieżkami Północy. Wielki uścisk gratulacyjny i poproszę o adres do korespondencji (mailem prośba też poleci) (:

Swoją drogą urocze to śmieszne słowo...
___________________________________

3. Spotkanie.

Gdy z krainy koniczyny przybył wysłannik, wyruszyłam do Sopotu. Spędziłam tam wspaniałą kawę i przepyszne marchewkowe ciastko w towarzystwie Marty z Lolanta Czyta. Poznajesz kogoś, kogo znasz jedynie z literek, a mimo to w jego towarzystwie czujesz się zupełnie swobodnie. Piękne to. Jak się ma wspólną pasję, to można tak godzinami gadać i gadać. Marta zaimponowała mi swoją siłą ducha, a poza tym przekonywała, że doskonale gotuje się zupę z czytnikiem w ręku i powinnam spróbować. Na moją wyimaginowaną mapę blogowych znajomości wędruje zatem nowa szpileczka. Tym razem zielona (: Ach! Nie uwieczniłyśmy tego w żaden fotograficzny sposób, zagadałyśmy się (;
___________________________________

4. Październikowe różne inności takie.

Nagrodziłam październik za nagradzanie, czyli podsumowałam własnymi spostrzeżeniami październikowe rozdanie nagród, bo tak pięknie się składa, że to miesiąc Nike, Bookera, Nobla oraz Angelusa. Jest jeszcze nagroda im. Wisławy Szymborskiej, ale ja na poezji znam się w równym stopniu, co na układach scalonych, dlatego nie poruszam tematu i nie śmiem komentować.
Ponadto ubrałam się wytwornie, zaczesałam wełnę i z gracją Catherine Zeta Jones poprowadziłam galę wręczenia Srebrnej Owcy.

Na koniec oczywiście przebiegłam się po księgarniach i wybrałam to, co bym sobie przeczytała w listopadzie, gdybym tak miała czas, fundusze i miejsce na wszystkie książki, jakie mi się tylko zamarzą, czyli Co w księgarni zabeczy edycja listopad 2015. Sam szyk, Klasa i Glamour, czy jak to tam się nazywa...


Ze świata nieksiążki. Choć nie zapomniałam o odchamieniu się w teatrze, październikowe wieczory zdominował w moim domu jednak mały ekran. Nastał czas sag, które oboje raz na jakiś czas z Ulubionym odświeżamy. Spędziliśmy zatem galaktyczny weekend z Gwiezdnymi Wojnami (wszak zaraz część siódma), uczciliśmy przylot Marty'ego McFly'a, oglądając po kolei "Powroty do przyszłości", a obecnie szykujemy się już na przybycie Jamesa Bonda ...no bardziej ja, bo Ulubiony coś tam pitoli, że pan Craig to żaden tam Bond..., ale puszczam to mimo uszu.

 ___________________________________

Cztery opowieści o książkach, choć przeczytanych sześć. Jedno fantastyczne spotkanie. Dużo nagród. Intensywne wieczory filmowe. I gumowa kaczuszka. Ewidentnie moc w minionym miesiącu była ze mną. Liczę, że w następnym też tak będzie. Samych radości w listopadzie, uściski i do przeczytania (:




Powiązane tytuły

0 komentarzy

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: