Wełniaste Podejście do Literatury

James McBride: Ptak dobrego Boga

16 marca 2016 , , ,


Taka myśl, choć może mało błyskotliwa. Niektóre powieści są jak film. Tak. Najpierw zaciekawiają, a następnie wciągają i nie pozwalają oderwać wzroku od prezentowanych ujęć. Dzieje się tak, ponieważ są one napisane na tyle plastycznie i sugestywnie, że pobudzają wyobraźnię. Jeżeli zaś napisany tekst jest jeszcze do tego przepełniony energią i trzyma tempo, to nie pozostaje nic innego, jak do książki siąść z kocem i popcornem. Niezbyt często na takie książki trafiam, przyznaję, bo nie każda powieść zawiera w sobie wszystkie wymienione wyżej składniki. Powieść McBride'a  je ma. Zafundowała mi zatem film w stylu Braci Cohen i pana Tarantino w jednym. Tak to właśnie widziałam.

Kowboje, strzelby, niewolnictwo, pościgi, saloony i żucie tytoniu. Taki mamy klimat.
McBride w powieści "Ptak dobrego Boga"  wykorzystuje prawdziwe wydarzenia, by w oparciu o nie sprzedać nam czystą fikcję. Dzięki temu możemy poznać jednego z czołowych przedstawicieli abolicjonizmu w Ameryce, kapitana Johna Browna. Człowiek ten uważał, że posiadanie niewolnika to przestępstwo i domagał się kary dla wszystkich ich posiadaczy. Zresztą karę chętnie wymierzał sam, za co skończył na szubienicy. Walcząc o zniesienie niewolnictwa niemal do ostatniego tchnienia, przyczynił się nieco swym zawiśnięciem do późniejszego wybuchu Wojny Secesyjnej. W ten sposób dla wielu pozostał bojownikiem za sprawę także po swojej śmierci. Chciałoby się rzec: bohater swoich czasów, świadomy męczennik, złożony w ofierze na ołtarzu wolności i równości wszystkich obywateli USA. Tymczasem Kapitan Brown w powieści przedstawiony jest jako wariat. Mocno zachwiany emocjonalnie, modlący się po kilka godzin dziennie, nawiedzony fanatyk, który biega w dziurawych kalesonach i któremu śmierdzi z paszczy. Dowodzi nieistniejącą armią, no chyba że uznamy za taką bandę tępych synów i garść rożnego rodzaju przybłęd. Grasuje po okolicznych farmach, tłucze po łbach białych i przegania (znaczy uwalnia) zdezorientowanych czarnych, krzycząc za nimi: teroz żeście som wolni!

Ale, ale. Przecież nie byłoby tego wszystkiego bez młodej damy, Henrietty Cybulki! Przecież to właśnie Cybulka jest narratorem całej historii, to Cybulka przyodziana w gustowny worek po ziemniakach zostaje wyzwolona przez Kapitana, wbita w elegancką sukienkę i wyrusza wraz z nim ratować zniewolonych czarnych. Cybulka jest jego talizmanem, albowiem zjadła jego włochatom cybulę... Wszystko cudnie ładnie, tylko tak po prawdzie to ona ma na imię Henry, bo z całą pewnością jest chłopcem (nie żadnym sodomczykiem!) i wcale nie prosił się o żadne wyzwolenie, bo jak sam mówi: w niewoli miał przynajmniej co jeść i gdzie spać. Dlatego niemal przez cały czas szuka okazji, by prysnąć z powrotem do swojego pana i znów być wygodnie zniewolonym. Inteligencją nie grzeszy, prawda, ale ma dosyć jednoznaczne podejście do wszystkiego, co Brown robi, bo też nie do końca rozumie, o co temu Staremu chodzi i po co to wszystko. I opowiada o czasie spędzonym u boku wariata w dosadny, zabawny i cholernie podobający mi się sposób. Żadne tam ą i ę!

Intryguje mnie oryginalny tekst tej powieści i być może trafi mi się kiedyś okazja, by się z nim zmierzyć. Tymczasem zwracam Waszą uwagę na nasze polskie i swojskie Tłumaczenie pana Świerkockiego. Choć z początku czytelnicze odczucie jest dziwne, osobiście miałam wrażenie, że po przeczytaniu trzech stron krwawiły mi oczy, po przyzwyczajeniu się do stworzonego przez tłumacza powieści stylu i języka, którym posługuje się Cybulka, nie potrafiłabym już sobie wyobrazić tego inaczej. Pasuje jak ulał.

Niby całą tę historię opowiada jeden leciwy już facet, a spisuje ją inny. Jednak w gruncie rzeczy jest to rejestr prostych wspomnień i spostrzeżeń wiecznego dziecka, które rzucone w wir historycznych wydarzeń, nie do końca zdawało sobie sprawę z powagi całej sytuacji. Ta retrospekcja jest również pozbawiona refleksji, które są charakterystyczne dla snutych po latach przez dorosłych relacji z dzieciństwa. Podejrzewam zatem, że albo z wiekiem cybulkowe rozumienie świata i ludzi niewiele się zmieniło, albo autor zwyczajnie o tym zapomniał. Humor sytuacyjny oraz pełne ironii i sarkazmu wypowiedzi zostały tu doskonale wykorzystane, by rozliczyć się z historią. Pozwalają bowiem ukazać niewygodny dla Amerykanów temat niewolnictwa, w mocno krzywym zwierciadle, zaś samego bohatera ruchu abolicjonistów jako pokracznego starca, który tak naprawdę działał w osamotnieniu. Śmiech śmiechem pogania śmiech, nie przeczę, jednak można przecież ze śmiechem na ustach zmierzać ku przepaści, prawda? I tak właśnie jest i tutaj. Każdy w tej powieści w pewnym momencie z komedianta przeistacza się w postać tragiczną, choć śmieje się do samego końca.


______________________________________________________
tytuł: Ptak dobrego boga (The good lord bird)
autor: James McBride
tłumaczenie: Maciej Świerkocki
wydawnictwo: Czarne - egzemplarz recenzencki
data wydania: styczeń 2016 r. 
ilość stron: 440

Powiązane tytuły

0 komentarzy

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: