Wełniaste Podejście do Literatury

Michael Crummey: Rzeka złodziei

17 maja 2016 , , ,


Tak było w przypadku Sweetland, tak było i w Dostatku. W Pobojowisku podobno też, choć tej jeszcze nie czytałam. Michael Crummey lubuje się w opowiadaniu swym czytelnikom z całego Świata historii, których akcja rozgrywa się w różnych częściach jego ukochanej i odległej Nowej Fundlandii. I choć w Polsce Rzeka złodziei ukazuje się jako ostatnia, od niej wszystko się tak naprawdę zaczęło. Crummey zadebiutował nią jako autor powieści (bo wcześniej pisywał wiersze). I był to debiut na całkiem wysokim poziomie.

Historia opowiedziana w Rzece złodziei dotyka trudnego tematu. Od XVI wieku do brzegów Nowej Fundlandii zaczęli docierać na statkach osadnicy ze starego kontynentu. Jedni zachęcani wieściami o nieprzebranej możliwości zarobku, inni szukający swojego miejsca w Świecie, uciekający od dotychczasowego życia. Ale byli również tacy, którzy na tym końcu świata próbowali się ukryć przed długim ramieniem sprawiedliwości albo i tacy, których to ramię wręcz tam posłało celem odbycia zasłużonej kary. Na Nowej Fundlandii można było więc spotkać każdego, komu w pewien sposób nie powiodło się w Anglii, Francji, Irlandii czy gdziekolwiek indziej. Przybywali tu i brali wszystko jak swoje.

Wydarzenia opisywane w książce rozgrywają się już w wieku XIX. John Peyton ojciec, który twardą ręką dzierżącą nabitą strzelbę, broni swej ziemi oraz własności. Dalej jest John Peyton syn, który właśnie się usamodzielnia i miota się wewnętrznie, bo nie wie, czy szanować, czy też nienawidzić ojca. Nie zapyta go też wprost o mieszkającą wraz z nimi i opiekującą się domem Cassandrę. To taki trójkąt emocjonalny pełen niedomówień. Jest jeszcze Irlandczyk Reilly z tajemniczymi bliznami na dłoni, który wiąże się z Indianką z Mikmaków, czym budzi powszechną dezaprobatę. Mamy też Richmonda i Taylora, dwóch mężczyzn splecionych ze sobą wspólnym losem i potrafiących wykłócać się ze sobą o wszystko, zajadle niczym diabły wcielone, pracując przy tym ramię w ramię. No i gdzieś tam później przybywa również Mary. Obca pomiędzy nimi, ale z czasem tak jakby swoja. Oto co ciekawsze postacie, będące głównymi nośnikami fabuły całej opowieści.

A potem pojawia się on. Najpierw porucznik, a następnie kapitan David Buchan. Jest taką klamrą spinającą losy wszystkich bohaterów. Idealista wierzący w postawiony przed nim cel. Na polecenie swego zwierzchnika, ma on załagodzić konflikt pomiędzy osadnikami a rdzennymi mieszkańcami tych ziem, w konsekwencji doprowadzając do jego całkowitego zażegnania. Wszak gubernator i Korona wyrażały głęboki niepokój z powodu informacji o stale pomniejszającej się liczebności Beothuków, Czerwonych Indian. Wierząc zatem zasadność celu i w powodzenie swej misji, Buchan zbiera grupę ochotników znających okoliczne tereny i wyrusza z nimi w górę rzeki na spotkanie z rdzennymi mieszkańcami tych ziem. Jest pełen dobrej wiary. Ma przecież obok siebie Peytonów i ich ludzi, dla których te tereny nie mają żadnych tajemnic. Cóż więc mogłoby pójść nie tak?

Jak w każdej powieści Crummeya wchodzimy w społeczność małą, nieoptymistyczną, odciętą od wielkiego świata, żyjącą według własnych surowych praw i reguł. Ludzie ci zamieszkują chłodne i niegościnne terytorium. Crummey jest mistrzem detalu. Przyroda, z którą przychodzi walczyć osadnikom, jest opisana w sposób wyjątkowy, bardzo drobiazgowo i niezwykle realistycznie. Zaś każdy z bohaterów stworzonych przez autora nosi w sobie tajemnicę, historię smutną i trudną. Czytelnik poznaje ją z czasem, a czasami muszą mu wystarczyć jedynie własne domysły. Nikt nie mówi chętnie prawdy o sobie. Niektóre z tych postaci są nawet autentyczne. Crummey stworzył opowieść przepełnioną niezwykłymi życiorysami i drobnymi niuansami, których jakiekolwiek zdradzanie przyszłemu czytelnikowi byłoby ze strony kogoś, kto już tę opowieść zna, po prostu ka-ry-god-ne. Taka prawda, to podkreślam. Cenię twórczość Crummeya. Bardzo.

Ciągle zastanawia mnie, kogo powinnam uznać za tytułowych rzecznych złodziei. Czy to przybysze z Europy, którzy przypływając na wybrzeża Nowej Fundlandii zaczęli wpychać się w ten obcy ląd coraz głębiej i agresywniej, nazywając go przy tym swoją ziemią? Czy może chodzi jednak o rdzennych mieszkańców tych ziem, Beothuków, którzy wypychani ze swoich terenów przez nowo przybyłych osadników, podkradali im broń, ryby, łodzie, potrzaski zastawiane na zwierzynę? Rozlew krwi ma swoje przyczyny po obu stronach konfliktu. Sam autor przez cały czas podchodzi do oceny osób i zdarzeń bardzo restrykcyjnie. Otóż - nie pozawala sobie na nią. Nie ma tu wprost wyrażonej pochwały, czy potępienia dla motywów, którymi kierują się bohaterowie. Dzięki tej powściągliwości czytelnik może podjąć się tego zadania sam, zgodnie z własnymi odczuciami. Czy będziesz w stanie ocenić, czyja ręka pierwsza rzuciła kamień? A może nie warto w ogóle oceniać? Decyzję pozostawiam Tobie.

"Weszliśmy z butami w tragedię całej rasy ludzi i zbanalizowaliśmy ją naszym małym, obrzydliwym melodramatem." [s.369]


p.s. podrzucam link do pełnej informacji o czerwcowym objeździe autora po Polsce - KLIK!
WARSZAWA – sobota 11 czerwca, godz. 16.00 – Pałac Szustra (w ramach Big Book Festival 2016);
WROCŁAW – wtorek 14 czerwca, godz. 18.00 – Barbara (w ramach programu ESK 2016);
KRAKÓW – środa 15 czerwca, godz 18.00 – Księgarnia pod Globusem;
GDAŃSK – piątek 17 czerwca, godz. 18.00 – Biblioteka Manhattan.

Wełniaste myśli o innych powieściach autora:
Michael Crummey - Dostatek
Michael Crummey - Sweetland
___________________________________________________________
tytuł: Rzeka złodziei (River Thieves)
autor: Michael Crummey
tłumaczenie: Michał Alenowicz
wydawnictwo: Wiatr od Morza - egzemplarz recenzencki
data wydania: 16 maja 2016 r.
ilość strony: 408

Powiązane tytuły

0 komentarzy

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: