Wełniaste Podejście do Literatury

Elizabeth Strout: Mam na imię Lucy

12 stycznia 2017 , ,

Elizabeth Strout - Mam na imię Lucy
 
Ludzkość jako całość podobna jest do parweniusza wstydzącego się swojego niskiego pochodzenia. 
Odsuwa on od siebie wszystko, co przypomina o tym rodowodzie.
/Georges Bataille/

Jak duże znaczenie dla tego, kim jesteś, kim się stałeś, ma Twoje pochodzenie? Prawidłowa odpowiedź brzmi: to zależy od tego, jakim człowiekiem jesteś. Oczywiście mógłbyś mi teraz podać za argument fakt, że ludziom z bogatych i szczęśliwych domów lub takim, którzy choćby urodzili się w tak zwanych "cywilizowanych" krajach jest dużo łatwiej. Ja bym nie zaprzeczyła, bo w zasadzie masz racę. Tyle że z bogatych domów, w tych rozwiniętych krajach potrafią wyrastać niesamodzielni nieudacznicy. Z kolei z nędznych nor i zapomnianych przez Boga i ludzi zaułków Świata wyrywają się tacy, którzy wykorzystali przyrodzone im talenty, osiągając więcej niż Ci z życiowym handicapem. Każdy jest kowalem własnego losu od chwili, gdy może wziąć sprawy w swoje ręce.

Lucy Barton. Dziwna, zawieszona w czasie i przestrzeni Lucy Barton, która próbuje pokazać mi namiastkę swego świata. Ni to wspomnienia, ni to fantazje. Ktoś coś powiedział, albo Lucy jest pewna, że chyba tak powiedział. Wierzyć jej? Nie wierzyć? Co mam zrobić z Lucy?

Przyglądam się.

Leży w szpitalu, prowadzi z matką rozmowy o wszystkim i o niczym. Z matką, której nie widziała od lat, do której na przestrzeni dekady zadzwoniła może dwa razy. Omawiają sobie niezobowiązująco życie ludzi z przeszłości, z miejsca, w którym bohaterka dorastała. Moja naturalna ciekawość próbuje w oparciu o te rozmowy zbudować własny obraz Lucy. Zatem patrzę na nią, jestem świadkiem jej pogawędek z matką, słucham także jej wspomnień z czasów innych niż szpitalne, i choć się bardzo staram, to właściwie nie mam pojęcia przez co w życiu przeszła. W powierzchownych dialogach chyłkiem przemykają nieliczne fakty lub to co nimi się wydaje być. Chwytam je i choć pochodzą od wprost od Lucy, są zbyt skromne, zbyt pourywane by odkryć sekret jej duszy. Pozostaje po nich więcej pytań niż odpowiedzi. Człowieka w ten sposób nie da się poznać. W konsekwencji ciągle widzę jedynie wychudzoną postać w szpitalnym łóżku.


Kameralność opowieści, spokój i lekkie wycofanie narratorki sprawiają, że w czasie lektury robi się niemal intymnie. Strzępy informacji wyłuskane podczas czytania pozwalają domyślać się, że mamy do czynienia z osobą, która jako dziecko wychowała się w garażu, w biedzie, w pięcioosobowej rodzinie, którą mogę chyba nazwać patologiczną, bo skrajne ubóstwo także jest patologią społeczną. Lucy nie ma telewizji, porządnych ubrań, nic nie ma. Ma za to (prawdopodobnie) oziębłą matkę i (chyba) złego ojca, z powojenną (jakby) traumą. Wyszydzana w szkole, zahukana, zabiedzona. Wyrywa się. Walczy o siebie. Udaje jej się. Żyje w dostatku, zostaje uznaną pisarką. Ma szczęśliwą rodzinę. Podsumowując, można powiedzieć, że te wspomniane etapy wyznaczają drogę, jaką Lucy musiała przejść, by wyrwać się z więzów pochodzenia, uciec od rodziny, wygrać lepsze życie i... tu powinnam napisać

Brawo, Lucy! Ale.

Ale kręcę filiżanką po rooibosie i kręcę, i się zastanawiam. Jak właściwie Lucy o to walczyła? Ja tej walki, która przecież powinna być w tego rodzaju opowieści wyeksponowana, nie widzę. Znak zapytania. Żeby tylko ten jeden. Znaków zapytania mam o wiele więcej. Z wieloma rzeczami autorka pozostawiła mnie samą. Wielu rzeczy się nie dowiedziałam.

Nie wiem, chociażby, na co była chora Lucy. Po usunięciu wyrostka nie zostaje się w szpitalu na kilka tygodni. Wspomina coś tam mimochodem, nie mówi nic konkretnego. Jakby wolała przemilczeć. Przeszło mi nawet przez myśl, że może to załamanie nerwowe, a matka była jedynie wytworem jej wyobraźni. Nie wiem także, co było nie tak z jej ojcem. Szczątkowe opowieści Lucy wykreowały go w mojej wyobraźni jako bardzo złego wilka. Przez niego Lucy ma traumę, podskakuje przestraszona z byle powodu, choćby przez kota, który wskoczył nagle na stolik. Dobrze. Tylko nie znalazłam sensownej odpowiedzi, co konkretnie tak strasznego zrobił jej ten wilk? Karmelizowane jabłko jej dał, o. Czyżby demonizowała człowieka? Nie rozumiem również, dlaczego tak lgnęła do matki w szpitalu. Do matki, której przecież podobno nie kocha, a i matka nie kocha jej wcale. Dlaczego domagała się od niej deklaracji miłości? Czemu służyło ich spotkanie? Z wierzchu wyglądać miało jak pojednanie. Ale między tymi kobietami nie dochodzi do żadnej poważnej rozmowy. One unikają poważnych tematów. Rozmawiają o nic nie znaczących sprawach. Czy tak to miało wyglądać? A może Lucy mnie okłamywała? Może cały czas czuła się winna? Winna, że jej się udało? A tak naprawdę mentalnie wcale od niczego nie uciekła? Sama nie wiem.

Tuptanie.

Może ja się nie znam, nie jestem krytykiem - rozumiecie sami, ale prawdę pisząc, w  Mam na imię Lucy nie ma dla mnie nic odkrywczego. Nic, co by mną poruszyło. Dużo oczywistości, życiowe sprawy, rozmycie. Urwane czy też nierozwinięte, a wydawałoby się że ważne dla poznania historii Lucy wątki. Nie mam przez to pojęcia, co ona chciała mi właściwie przekazać. Bo jeśli tylko to zdanie o jednej, jedynej opowieści, to truizm w sylu P.C. to dla mnie troszeczkę za mało. To powieść przyjemna, kameralna, dobra. Na leniwą niedzielę z herbatą i kocykiem. Niezobowiązująca. I warto ją przeczytać dla niej samej, naprawdę. Co prawda przyznania Mam na imię Lucy tytułu Książki Roku 2016 trochę nie rozumiem, ale zdanie ma przecież to do siebie, że... życzę Ci miłego dnia.


Powiązane tytuły

0 komentarzy

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: