Wełniaste Podejście do Literatury

Katarzyna Boni: Ganbare! Warsztaty umierania

17 lutego 2017 , , , ,


Nie mam arystokratycznych korzeni, zatem nawet jeśli jakiś cudem zginęłabym w spisku, nie mam szans by zostać Goryō. Szkoda. Goryō to szlachetny duch o wielkiej sile, a mnie przydałoby się teraz trochę siły. Po japońskich wyspach błąka się bardzo wiele duchów. Żywią urazę do świata, strzegą swoich bliskich, prześladują wrogów. Wśród tej mnogości są też duchy tragiczne; to te, które - nie zdając sobie sprawy z własnego martwego już losu - usiłują wyrwać się fali, wygrzebać spod gruzów, by wrócić do domu, do swoich bliskich. Bo przecież bliscy na nich czekają. Smutne duchy, których przybyło nagle i w znacznej ilości.

Wspominałam już kiedyś, że jestem klasycznym przypadkiem drewna emocjonalnego, odpornego na wszystko, co nie dotyczy bezpośrednio mnie i niewielkiego kręgu bliskich mi osób. Czy to coś dziwnego? Oczywiście że nie i nie bądź hipokrytą, wyrażając oburzenie. Robisz to samo. Zgoda, pomyślisz: to straszne, gdy usłyszysz o tragedii. Ale skoro ma ona miejsce bardzo daleko od Ciebie, już chwilę później będziesz zmywać talerze po kolacji, podśpiewując sobie melodię usłyszaną w reklamie samochodu, którą puścili zaraz po tym tragicznym newsie. Tak to już jest. Chwytliwe melodie zostają w głowie <:

Porzucając sarkazm, przyznaję, że potrafię wzruszyć się tym, co czytam. Nie chodzi mi jednak o lanie łez bo ona nie kocha jego, a on tak się stara (czy inna dowolna konfiguracja emocji i płci). Mam na myśli poruszenie tym, co napisany tekst ma za zadanie mi przekazać. Obrazami, które w czasie czytania budują się w mojej wyobraźni. Świadomością, że to stało się naprawdę i konsekwencjami, jakie zrodziło. Nie wzrusza mnie katastrofa. Wzrusza mnie smutek ludzi, którzy musieli się zmierzyć jej skutkami. Dlatego właśnie czytając reportaż Boni, byłam bardziej przejęta niż w 2011 roku, gdy oglądałam wiadomości i relacje na żywo. Naprawdę.

Jedno miejsce rozbite na wyspy. Dosięgają je trzy kataklizmy na raz - trzęsienie ziemi, tsunami i awaria elektrowni atomowej. Jeden dzień. 11 marca 2011 r. I na zalanym, napromieniowanym obszarze lądu pozostaje człowiek. Człowiek zmagający się z przerażeniem, ze stratą, z poczuciem bezsilności. Człowiek ignorowany przez władze. Człowiek, od którego odsuwają się inni. Człowiek, który w pamięci ma obrazy. Fala odbierająca ukochanego i zmywająca z powierzchni ziemi wydawałoby się bezpieczny dom - dorobek życia. Zostaje tylko pusty placyk. I kredyt wzięty na to wspólnie przecież budowane szczęście. Ten człowiek patrzy. Inny w tym samym czasie za wszelką cenę stara się ograniczyć szkody, jakie może wyrządzić awaria w elektrowni. Ze świadomością narażenia swojego życia i życia swoich podwładnych. Z zupełnym brakiem zrozumienia i współpracy ze strony rządzących. Jedyny świadomy możliwych konsekwencji tych paru chwil. Kolejny, który nie chciał odejść z miejsca, które przecież od zawsze było jego domem. Skąd brać w sobie siłę? Jak reagować na ganbare? Ile razy sam miałeś ochotę dać w twarz, za słowa wszystko będzie dobrze albo nie martw się? Zatem rozumiesz.

Delikatność. Prostota. Melancholia. Stonowanie. Szept. W czasie lektury Ganbare było mi smutno.
Przerywałam czytanie tej książki parokrotnie. Są takie historie, które potrafią sprawiać czytającemu ból. Jednak Ganbare podniosło poprzeczkę, znienacka waląc mnie pięścią w brzuch po dwakroć. Po raz pierwszy, gdy przeczytałam opowieść ducha psa. Bezbronnego, wiernego i ufnego zwierzaka. To był moment, w którym poczułam wewnętrzne roztrzaskanie. Ale pozbierałam się i trzymałam dzielnie w zmaganiach z tą niełatwą lekturą. Drugi cios spadł pod sam koniec podczas warsztatów umierania. Nie byłam w stanie umrzeć świadomie. To był knockout.

Cóż. To opowieść na wiele głosów o poszukiwaniu siły w sobie. O walce z przeciwnościami losu, złośliwością żywiołów. To nostalgia za miejscami, rzeczami i ludźmi, które przez ten jeden dzień w historii Świata, nigdy już nie powrócą na swoje miejsca. I choć te wszystkie słowa trafnie określają, o czym ta książka jest, to wydają się być trywialne, bo nie oddają uczucia szoku, jaki wywołuje naoczna strata. Strata, której zaakceptowanie jest ponad wszelkie siły. I trudno też znaleźć właściwe słowa by wyrazić, jakim ciężarem jest konieczność życia ze świadomością, że to co się wydarzyło jest nieodwracalne. To jest piętno, które zabiera się ze sobą do grobu.

Ganbare trudno jest opisać. Ganbare należy przeczytać.





Powiązane tytuły

0 komentarzy

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: