Wełniaste Podejście do Literatury

Anne Enright: Zapomniany walc

28 maja 2017 , ,


Na scenę wchodzi kobieta. Po trzydziestce, ładna. Wodzi wzrokiem po zebranej publiczności, gdzieś poza ludźmi dostrzega również mnie. I gdy pod wpływem jej spojrzenia publika cichnie całkowicie, ona rozpoczyna swój monolog. Teatr jednego aktora. Bardzo kameralny. I mówi o czymś, o czym opowiadały przed nią setki ludzi, a i po niej opowiadać będą kolejne tysiące. Jeżeli zatem już na wstępie wiem, czego się spodziewać i domyślam się, jaki będzie finał, to czy jest sens na to patrzeć?


Wszystkie wydarzenia w życiu najlepiej ocenić z perspektywy czasu. Analitycznie i chłodno. Gdy już emocje przestają przesłaniać rzeczywistą perspektywę. Można wówczas spojrzeć krytycznie, przyjrzeć się otoczeniu oraz poznać skutki podjętych decyzji. Patrzysz. Nagle okazuje się, że stoisz na środku pobojowiska i jesteś zdziwiony, że wokół Ciebie rozegrała się jakaś wielka bitwa, a Ty byłeś tak zajęty sobą, że nie słyszałeś eksplozji bomb, wystrzałów i krzyków walczących... Właśnie z takiego punktu widzenia bohaterka powieści Zapomniany walc przedstawia swoją historię - gdy jest już po wszystkim.

Historię starą jak ludzkość - romans i zdrada dwojga ludzi. Zalatuje Harlequinem? Tylko pozornie, bo to nie jest tanie romansidło ani tym bardziej upojny romans. To wnikliwa analiza pewnego wycinka życia dokonana przez kobietę mądrą po szkodzie. Bolesny, ale chyba najbardziej skuteczny sposób zdobywania doświadczenia. Gina opowiada o swoim zakończonym romansie, o uczuciu jakie żywiła do żonatego mężczyzny, ojca dziwnej dziewczynki. Prowadzi nas przez wszystkie etapy tej relacji, rozkładając je na czynniki pierwsze. Od spojrzeń, poprzez schadzki, wspólne wyjazdy, w końcu na wyjściu prawdy na jaw i rozstaniu skończywszy. Dotyka również spraw, które wtedy zeszły w jej życiu na drugi plan: jej męża, własnej rodziny, pracy, choroby matki, czy wreszcie małej Eve - dziwnej córeczki jej kochanka. Mówi i mówi, a ja słyszę smutek w jej głosie, ale nie taki po utraconym szczęściu. To smutek osoby, która już po wszystkim, odwróciwszy się za siebie, dostrzegła w końcu pobojowisko po bitwie, jaka sama beztrosko rozpętała.

Można pomyśleć, że w gruncie rzeczy to nic innego, jak kolejna opowieść o konsekwencjach decyzji podejmowanych w dorosłym życiu, tyle, że tym razem oparta na oklepanym temacie zdrady małżeńskiej. I tak, i nie. W przypadku Zapomnianego walca mamy do czynienia z rozrachunkiem życia kobiety, która staje przed nami na scenie już zupełnie sama. Tylko tyle jej zostało. Gina spogląda ponad głowy kochanków i pokazuje, co dzieje się dookoła nich, gdy oni pochłonięci są sobą. Wydaje się być spokojna i zdystansowana, jakby miniony romans nie miał już dla niej znaczenia.

Kontekst czasowy kształtuje ton jej narracji. Jest gorzko, a czasem sarkastycznie, gdy Gina wspomina okres spędzony z Séanem. Natomiast, gdy wybiega myślami poza ten związek, staje się delikatna, wrażliwa, niemal poetycka. Takie są na przykład wspomnienia pierwszej od wielu lat samotnej przejażdżki autobusem, czy dziecięcych podróży astralnych. Układają się one w rozrzucone to tu to tam przyjemne kontrapunkty. Te wszystkie emocje nie są jednak jaskrawe jak u osoby rozgoryczonej, a Gina ostatecznie dość obiektywnie ściera cały romantyczny lukier ze swojego związku z mężczyzną.

Uderzający jest też brak czułości w relacji Giny i Séana. Sprawia on, że w sumie nie wiadomo, dlaczego tych dwoje ze sobą było. Żadne z nich nie odpowiedziałoby na pytanie dlaczego. Sam wybranek wydaje się... cóż, taki żaden właściwie. Jakby jego jedyną wartością był fakt, że nie był jej mężem. I może właśnie to był powód skoku w bok zakończonego jednak zbyt długim, a przede wszystkim niefortunnym lądowaniem. Gdyby chcieć szukać romantyzmu w tym romansie, to byłyby to jedynie tytuł samej powieści oraz tytuły jej rozdziałów, które pochodzą od znanych sentymentalnych piosenek miłosnych. Przy okazji, na stronie wydawcy książki dostępna jest cała playlista, możesz sobie posłuchać w czasie czytania (tędy proszę).


Wracając do pytania, które postawiłam na wstępie, przypomniał mi się Inżynier Mamoń. Jednostka jakże wybitna, który wypowiadając słynne słowa: Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem, stał się twórcą prawa nazwanego od jego nazwiska - Prawem Inżyniera Mamonia. Imię nieistotne, bo go po prostu nie było*. Jak to się ma do literatury? Cóż, w gruncie rzeczy wszyscy pisarze piszą o tym samym: uczucia, władza, śmierć - znane melodie. Jednak każdy z nich robi to na swój sposób. Indywidualny sposób. To, czym się zatem zachwycam jako czytelnik, co mnie zaskakuje i bierze, to sposób, w jaki serwuje mi się cover tej melodii, którą już raz słyszałam. To aranżacja stanowi klucz do serca słuchacza, a w przypadku powieści Anne Enright - czytelnika. Niby niczym nie zaskakuje, zaczyna się i kończy w sposób oczywisty, ale po wszystkim trudno potraktować ją tylko jak kolejną przeczytaną książkę i ot tak po prostu o niej zapomnieć. To jest ciekawe.

PS
Zaintrygowana autorką poszłam poszukać powieści The Gathering, za którą otrzymała Bookera.
Odnalazłam ją jako Tajemnica rodu Hegartych. I jak zwykle pytam retorycznie, dlaczego...

* Marek Piwowski "Rejs", 1970 r.
 


Powiązane tytuły

0 komentarzy

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: