Wełniaste Podejście do Literatury

Pola Styx: Powieść (anty)feministyczna z mięsem w tle

25 czerwca 2017 , , , ,


Pobawmy się porcją danych. Prowadzę tę stronę niemal cztery lata. Przez ten czas według strony LubimyCzytać.pl przeczytałam 331 książek, o 63% z nich napisałam na Wełniastym. Dane przybliżone, bo jestem leń i nie zawsze pamiętam, by wszystkie książki odnotowywać na portalu. Ale. Ile z tego to byli debiutanci? Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, choć jeśli miałabym strzelać, to byłoby to jakieś bardzo mało, choć to strzał w ciemno równy wartości x. Ma to oczywiście swoje uzasadnienie. Debiut czy siódma powieść w dorobku są dla mnie dokładnie tym samym - tematem, który mnie zainteresuje bądź nie. Mięso mnie zainteresowało. Tym tekstem czynię jakieś x+1. Idziemy w książkę.


Wbrew obawom każdego, kto na nią spojrzy – jeszcze do niedawna również i moim – nie jest to książka, za jaką można ją wziąć, gdyby bazować jedynie na tytule i okładce. Nie musisz się tej książki bać. Nie wyskoczy z niej komando feministek, nie przywiążą Cię do fotela i nie będą usilnie indoktrynować swoją filozofią. Jest odwrotnie.

Nie. Nie Ty je przywiązujesz.

To luźno powiązane ze sobą opowieści o różnych twarzach kobiecości i odmiennym podejściu przedstawicielek tej płci do relacji z całym światem, których akcja rozgrywa się na przestrzeni jednego tygodnia. Wiwisekcja odbywa się w Instytucie Badań Empirycznych nad Kanibalizmem i jego okolicach, czyli w Mieście Matki Nerona. Spodobał mi się pomysł autorki na konsekwentne ukrywanie Miasta w Mieście, więc pozwól, że podtrzymam jej zabawę. Bohaterki powieści to feministki z nazwy, damy w starym stylu, kobiety niezależne i te pragnące prawdziwych uczuć, babki, które walczą o siebie każdego dnia. Różni je wiek, wykształcenie oraz poglądy na temat roli kobiety w społeczeństwie, które czasem nie są wyrażone wprost, co daje czytelnikowi pole do indywidualnej interpretacji. Z kolei tym co łączy te kobiety jest miejsce i niekiedy sprawy życia codziennego, jednak przede wszystkim okoliczność, iż w pewnym momencie swojego życia muszą one postawić na siebie. Choćby trzeba było do tego ufarbować Czesia!

Wszystko to powoduje, że ich historie, choć z jednej strony są autonomiczne, to jednak w pewien sposób się przenikają, tworząc ostatecznie obraz małej estrogennej społeczności. Szkoda tylko, że wątek Zuzanny nie rozwinął się tu bardziej, bo przeszłość tej postaci miała niewątpliwy potencjał ku temu, by ubarwić zaprezentowany w tej powieści wachlarz kobiecych osobowości, a sama powieść zyskałaby pazur.

Antropocentryzm dominuje tu nad akcją, co w kontekście poruszanych tematów wcale nie jest głupie, choć może przyprawiać o poczucie wyrwania z kontekstu. Naturalną konsekwencją skupienia się na wnętrzu bohaterek jest brak jednolitej fabuły. Nie ma również – mimo wyraźnych początków – wyraźnego zakończenia, czy też zakończeń, które pozostawiłyby czytelnika ze świadomością, że wszystko jest już załatwione, wszystko wiemy, misja wykonana, a książka ukończona. To wszystko wydaje się jednak być świadomym zabiegiem autorki. Czytelnik zostaje wrzucony w pewien wycinek trwającego procesu  – tygodniowego fragmentu życia bohaterek, ponieważ tu od osiągnięcia celu ważniejsze są przemyślenia.

Tak naprawdę czytanie tej powieści jest trochę jak wejście do tramwaju, poobserwowanie przez chwilę tego, co się w nim dzieje, posłuchanie, o czym podróżni gadają i wysiadka. A oni wszyscy jadą dalej, rozmawiają dalej, tyle że już bez nas. Dla kobiet taka przejażdżka będzie szansą na to, by spojrzeć na siebie z dystansem, a dla facetów by może choć trochę lepiej zrozumieć to, czego nigdy do końca nie ogarniali.

Odruchowo po lekturze postawiłam Powieść (anty)feministyczną z mięsem w tle na półce obok Stu dni bez słońca Wita Szostaka. Niech podyskutują sobie o akademickich absurdach. To debiut powieściowy autorki, która ukrywa się w wodach mitycznej rzeki i rzuca żabami w ludzi. Choć piszę to z pewną niepewnością, bo przecież może być i tak, że pod innym czy też prawdziwym nazwiskiem już coś kiedyś wydała. Nie zdziwiłabym się także, gdyby się okazało, że środowisko akademickie Miasta Matki Nerona zna raczej osobiście.

Niezależnie od trafności moich domysłów faktem jest, że trzymam w rękach lekką i całkiem trafną satyrę na i feminizm, i antyfeminizm oraz (a może nawet w szczególności) na środowisko akademickie. Wszystkie trzy tematy przedstawiane są w taki sposób, by wyłuszczyć i wykpić to, co zdaniem autorki prosi się o wykpienie. Czyni to jeszcze zachowawczo, ale odwaga być może przyjdzie wraz z kolejnymi powieściami.

A na koniec wyznam Ci coś.
Gdyby w Mieście Matki Nerona faktycznie mieścił się Instytutu Badań Empirycznych nad Kanibalizmem (!), gnałabym tam i kalecząc okropnie język, którego mimo mojej szczerej do niego niechęci, przez lata musiałam się uczyć, zapytałabym, czy jest szansa, by się u nich doktoryzować. Nawet wymyśliłam sobie w trakcie lektury zaczyn tematu – Przyrodzone prawo do bycia (nie)jedzonym na surowo w kontekście współczesnych systemów prawnych© I może nawet – żeby już osiągnąć całkowity szczyt absurdu – pisałabym tę rozprawę w tym ich strasznym języku. Bo ja uwielbiam absurd.
 



Powiązane tytuły

0 komentarzy

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: