Wełniaste Podejście do Literatury

Aura Xilonen: Jankeski fajter

24 sierpnia 2017 , ,

 Aura Xilonen - Jankeski fajter

To mogłoby być każde przygraniczne miasto USA. Każde, które przed sobą widzi jedynie wpatrzone w nie z utęsknieniem oczy Meksyku, a za nim równie utęsknione spojrzenia pozostałych krajów Ameryki Łacińskiej. Granica, dla przekroczenia której tysiące zdesperowanych ludzi gotowych jest położyć na szali własne życie. Nagrodą jest przecież ten mityczny, ten tak bliski i wpisany w konstytucję American Dream. Trzeba tylko przeżyć. Nie wiem zatem gdzie dokładnie jest to miasto. Wystarczy mi wiedzieć, gdzie mniej więcej. Bo tam wszędzie jest przecież tak samo. Ksenofobia, dyskryminacja, bieda, przemoc, gangi, narkotyki. Ja widzę w tym American Nightmare.


"Wsiadam do czerwonego busa, który właśnie podjechał mi pod nos, strzelam jak torpeda do tyłu, gdzie tacy kolesie jak ja zwykle jeżdżą, żeby nie straszyć białych i czarnych, bo my jesteśmy szarzy, a tutaj szarość jest jak czyściec, nie trzymasz ani z Bogiem, ani z Diabłem" [s.26].

I w tym przygranicznym miasteczku, w małej księgarni z literaturą w języku hiszpańskim krząta się Liborio. Porządkuje książki, myje witryny, czasem coś przeczyta, choć nie wie, po co ludzie to robią. By skończyć zbiór poezji, musiał czytać jednocześnie słownik. Udało mu się przekroczyć Rio Grande. Taki trochę inny chłopiec, który przeżył. Inny, bo w jego życiu nie ma miejsca na magię i marzenia. Jest tylko codzienna walka o byt i skrywanie się przed urzędnikami z imigracyjnego. Nie zna ciepłych uczuć, wszystko traktuje jak zagrożenie. A gdy czuje się zagrożony – wyciąga pięści. I te wyciągnięte w obronie pewnej kobiety pięści, burzą jego małą stabilizację. Stają się początkiem tułaczej wędrówki przez to nieprzyjazne miasto. Spotyka zło - parki, schody, głód, chłód i pobicia. Nie dziwi się temu, bo zna to od zawsze. Ale spotyka również dobro, ciepło, bezinteresowność i sympatię. I z początku nie potrafi tego pojąć.

To powieść o przemocy wobec tych, którzy nie mają praw ani przywilejów. Nie zgłoszą pobicia, bo natychmiast zostaną odstawieni poza granicę. Za mur. Ale to również opowieść o nadziei i sile, jaką może dać człowiekowi bezinteresowne wsparcie ze strony drugiego człowieka. Młodziutka Meksykanka Aura Xilonen stworzyła nastoletni głos, który za pomocą hybrydy językowej (przekręconego i wzbogaconego o słowa pochodzące z różnych regionów Meksyku Spanglish) z sutą posypką z wulgaryzmów, opowiada o całej imigranckiej społeczności. Za sprawą Liborio, który jest prostakiem, choć dzięki książkom potrafi też używać słów takich jak epifaniczne czy bachanaliczny, opowieść ta wydaje się lekka, miejscami bawi, a dynamiczna akcja sprawia, że czyta się ją w zasadzie na raz. I ma szansę spodobać się i młodemu, i dojrzałemu czytelnikowi. Jednak w tle rozgrywa się tragiczna historia dotycząca setek tysięcy ludzi.

Główny bohater ma pięści, którymi przebija się do lepszego życia. Ma szczęście. A co z innymi? Co z tymi pod murem, z tymi zastrzelonymi na pustyni? Jankeski fajter jest kolejnym głosem w niekończącej się debacie na temat problemów, jakie rodzi masowa imigracja. Głosem, który opowiada się za zmianą podejścia Amerykanów do ich południowych sąsiadów. Próbą zwrócenia uwagi, że nie wszyscy imigranci to „kryminaliści i gwałciciele, których należy odesłać do domów”. Cóż. Brzmi znajomo?

Czytający tę powieść Europejczycy mogliby powiedzieć, że ich to nie dotyczy, że tu w Europie problem jest poważniejszy. Nam zagraża terror, a w konsekwencji anihilacja podstawowych wartości kulturowych oraz społecznych, z których jesteśmy przecież tacy dumni. Tacy Dumni. Jednak to tylko pozór. Bo czym się różni młody Latynos zwerbowany do ulicznego gangu od młodego Araba, któremu nawciskano do głowy radykalnych bzdur? Niczym. Jeden i drugi w końcu zabije niewinnych ludzi. Również niczym nie różni się szufladkowanie wszystkich latynoskich imigrantów jako bandytów, od traktowania wszystkich ludzi o bliskowschodnim wyglądzie, jako potencjalnych terrorystów.

Zatem problem po obu stronach Oceanu jest ten sam, tylko dekoracje na scenie są inne. A tym problemem jest zerojedynkowe myślenie: my wszyscy "tutejsi" - dobrzy, oni wszyscy "przybysze" - źli. Zwłaszcza, że zamachów w Europie nie dokonują ci, którzy właśnie wygramolili się z jakiegoś pontonu na greckiej, czy włoskiej plaży, tylko ludzie, którzy urodzili się na tym kontynencie. Zresztą taki Anders Breivik nie był ani muzułmaninem, ani tym bardziej Arabem. Podobnie jak James Fields nie był Latynosem. W tym wszystkim jedno jest pewne. Stereotypowe klasyfikowanie ludzi z pewnością nie rozwiąże narastającego problemu imigracyjnego ani w USA, ani w Europie. Będzie natomiast stanowić doskonałą pożywkę dla różnego rodzaju aktów przemocy.




Powiązane tytuły

0 komentarzy

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: