Wełniaste Podejście do Literatury

Zadie Smith: Swing Time

11 listopada 2017 , ,

Zadie Smith - Swing Time

Wolter uważał, że wszelkie wielkości świata nie są warte tyle, co dobra przyjaźń. Kim jest przyjaciel? Elbert Hubbard definiuje go jako człowieka, który wie o Tobie wszystko, a mimo to nadal Cię lubi. Przekornie i z humorem, ale taka jest prawda. Przyjaciel to ktoś, przy kim jesteś sobą, nie krępujesz się mówić o niczym. Jesteś wobec niego szczery i wiesz, że on jest szczery wobec Ciebie. To rodzina, którą wybierasz sobie sam. Ktoś, kto daje Ci wsparcie. A ponieważ nie ma ciągle jeszcze sklepów z przyjaciółmi, trzeba ich niestety szukać samemu. Przydaje się w poszukiwaniach pianka na oparzenia.


Swing Time to dwie opowieści wyrwane z jednej linii czasu.
Pierwszą jest opowieść o przyjaźni dwóch ciemnoskórych dziewczynek z ubogich mieszanych rodzin - bezimiennej narratorki oraz Tracey, oraz ich wielkiej miłości do tańca. Relacja między nimi jest jednak przyjaźnią w stylu Eleny Ferrante, dziwną i opartą w tym samym stopniu na oddaniu i wierności, co na rywalizacji i zazdrości, i - podobnie jak u włoskiej pisarki - przedstawiona zostaje z perspektywy jednej z dziewczynek, tej bardziej uległej, bezimiennej. Niezwykle ważne jest w tej części środowisko, przynależność kulturowa, domy rodzinne dziewcząt oraz ich matki. Spełnianie marzeń, pasja, więzi międzyludzkie. To część pełna zestawień i kontrastów.
Druga historia jest opowieścią bezimiennej kobiety o swoich dalszych losach; o studiach i pracy dla światowej sławy artystki Aimee, gdy jako jej asystentka podróżuje po świecie i bierze udział w zorganizowanej przez gwiazdę akcji budowy szkoły dla dziewczynek w małej wiosce w Zachodniej Afryce. To część, w której Zadie Smith zdaje się wykpiwać instytucję pomocy przez celebrytów krajom trzeciego świata. Pokazuje, jak niewiedza o środowisku, któremu wydaje się, że pomagają, może mu zaszkodzić. To opowieść o niezrozumieniu, egoizmie i hipokryzji oraz gorzki komentarz do polityki, która kładzie macki nawet na najszczerszych chęciach.


Wszystko to składa się w powieść o poszukiwaniu siebie, własnej drogi i jak późniejszych nas kształtuje środowisko, z którego się wywodzimy. Powieść o dążeniu do satysfakcji, do poszukiwania poczucia spełnienia oraz o tym, co w jego imię poświęcamy. I po raz pierwszy w pierwszej osobie. Narratorka to postać niezwykle osobliwa. Bezimienna kobieta od najmłodszych lat nie posiada żadnych indywidualnych cech. Jej istnienie jest odbijane przez pozostałych bohaterów, a w zasadzie przez inne kobiety, niczym przez lustra. Kobiety drugiego planu - silne, dążące do obranego celu, potrafiące o siebie zawalczyć, zdecydowanie dominują nad bezimienną. Perfekcyjnie zbudowane i opisane przez autorkę. Bohaterka jest zatem jakaś na tle, na ile dostrzegamy jej odbicie, jednakże kompletnie żadna, gdy pozostaje bez swoich drugoplanowych zwierciadeł. Ten zabieg może być problemem dla tych, którzy lubią mieć bohaterów z krwi i kości. Tutaj mamy do czynienia z bezimiennym duchem spinającym historię w całość, z którym raczej trudno sympatyzować.

Zadie Smith ma swoje ulubione motywy w oparciu o które buduje fabuły kolejnych powieści. Miejsce to często gorsza dzielnica Londynu, a bohaterowie to klasa robotnicza, pochodzący z rodzin mieszanych lub imigranckich. Czasy są raczej współczesne. Istota rzeczy zaś to relacje międzyludzkie, dorastanie, przynależność etniczna oraz przywiązanie do miejsca, a wszystko to zanurzone w bulgoczącym tyglu różnic społeczno-kulturowych. Szczególnie lubiany przez autorkę zabieg stylistyczny to kontrast. Nie inaczej jest w najnowszej powieści. Począwszy od koloru skóry każdego z rodziców dziewczynek, poprzez warunki panujące w ich sąsiadujących ze sobą domach. Kontrastują ze sobą postacie (dziewczynki czy matka i Aimee). Kontrastują miejsca (Londyn i wioska w Afryce). Kontrastują pragnienia i potrzeby. Wreszcie - chyba najważniejsze - kontrastuje ze sobą spełnienie i forma, jaką ono przybiera.

Białe zęby, Łowca autografów, O pięknie, Londyn NW. Uwielbiam każdą z nich. Te powieści potwierdzają, że Zadie Smith ma ugruntowaną pozycję w czołówce współczesnego literackiego peletonu. W każdej z tych książek widać wyraźnie problemy, z którymi autorka się mierzy: opowiadają jedną wspólną historię, przenikają się i wynikają z siebie nawzajem, pozostawiając czytelnika z uczuciem przyjemności lektury o realiach życia w społeczeństwie zróżnicowanym etnicznie.

W najnowszej książce jest nieco inaczej. Smith przenosi cały ciężar na misterne dopracowanie poszczególnych wątków, luźniej traktując opis relacji między nimi. Wypowiada się na wiele socjologicznie ważnych tematów, być może zbyt dużo i w tym właśnie tkwi problem. Koncentruje się na konkretnych sytuacjach, postawach moralnych i stawia bardzo dużo pytań, pozostawiając czytelnikowi wolne pole do analizy i udzielenia odpowiedzi. Czytelnik czuje ciężar ilości poruszanych zagadnień. Autorka ich nie komentuje. Z pewnością jest to powieść cholernie ambitna, która rozkochuje, choć frustruje jednocześnie. Podrywa do tańca i studzi zapał. Podbiła moje czytelnicze serce fragmentami, komentarzami, postaciami, scenami, jednak nie jako całość. Całość jednak przytłacza, bo nie da się rozwiązać wszystkich problemów świata jedną powieścią.

Uwielbiam ją, uwielbiam to, jak pisze, ale parafrazując samą Zadie Smith, w przypadku Swing Time stoję na brzegu i podziwiam krople wody, ale nie ocean.


Wełniaste podejście do innych powieści autorki:
Zadie Smith - Londyn NW


Zadie Smith - Swing Time
tłumaczenie: Tomasz Kłoszewski
wydawnictwo: Znak, Kraków 2017



Powiązane tytuły

0 komentarzy

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: