Wełniaste Podejście do Literatury

George Mackay Brown: Winlandia

2 grudnia 2017 ,

George Mackay Brown: Winlandia (Vinland

Wikingowie - niezłomny lud północy. Na przestrzeni wieków obrośli mitami tak gęstymi i zakręconymi, jak ich brody, które zwykli nosić. Przemoc, gwałty, morze przelanej krwi, barbarzyństwo i pogaństwo - tak jawili się chrześcijanom z osad, na które napadali w czasie swoich morskich podróży. Taki też utarł się stereotyp, który przeżył samych wikingów i trwa po dziś dzień. A oni wcale nie nosili hełmów z wielkimi rogami, byli za to rolnikami spędzającymi większą część roku na lądzie. I wielce prawdopodobnym jest, że to wikingowie jako pierwsi dopłynęli do Ameryki Północnej, niemal pięć wieków przed Kolumbem. Dokonał tego słynny Bjarn Herjólfsson wraz z załogą, a odkryty ląd nazwał Winlandią. Ale nie o nim jest to opowieść.


Wyobraź sobie, że siedzimy wieczorową porą przy ognisku, a pewien stary człowiek, który kazał nazywać siebie Wędrowcem, snuje dla nas historię spisaną w Winlandii. Historię burzliwej młodości i statecznej dorosłości człowieka północy, który dokonuje ważnego wyboru. Tym samym Wędrowiec opowiada nam o wyrd - pewnym dawnym wierzeniu wikingów, które przetrwało do naszych czasów, choć bywa różnie nazywane.

Bohaterem opowieści jest  pochodzący z Orkad chłopiec, Ranald Sigmundson. Jego linia losu drastycznie zmienia kierunek w chwili, gdy wsiada nie na ten statek, na który powinien był wsiąść. Zamiast stać się pokarmem dla ryb, przemierza ocean u boku Bjarna Herjólfssona i jego kompanów. Zostaje odkrywcą dalekich i nieznanych dotąd ziem i styka się z mieszkańcami nowego świata - Winlandii. Poznaje szerzącego chrześcijaństwo wśród jarlów norweskiego króla Olafa. Bierze udział w bitwie pod Clontarf. Dzieje się w jego życiu naprawdę wiele, a pewnego dnia powraca do Breckness, na ziemie należące do jego rodziny.

Choć powieść w całkiem ciekawy sposób opisuje XI-wieczne Orkady i polityczne rozgrywki jarlów, którzy żądni byli ziemi, a także (a może wręcz głównie) podatków od jej mieszkańców, to przede wszystkim jednak koncentruje się na życiu człowieka, który dokonuje wyboru. Czy jest to wybór właściwy? Czy wybór między tym, co chcę, a tym, co powinienem, zwłaszcza jeżeli rzutuje on na całe nasze dalsze życie, może być łatwy? Ranald Sigmundson w chwili decyzji wydaje się jej zupełnie pewien. Jego prawdziwe pragnienia wychodzą na jaw dopiero, gdy osiąga wiek starczy i spaceruje brzegiem morza, by niebawem na nie wypłynąć. Jeszcze raz ku zachodowi. 


George Mackay Brown, szkocki pisarz, poeta i dramaturg, napisał Winlandię w ostatnich latach życia, złożony ciężką chorobą. Nie sposób nie zauważyć, że swoje przemyślenia na temat życia i śmierci wpisał w powieść. Szczególnie widać to w rozmowie Ronalda z opatem, a także w kazaniu opata Petera wygłoszonym w czasie mszy. Są to dwa swego rodzaju manifesty poglądów filozoficznych samego autora, które - przyznać trzeba - zapadają w pamięć. Z kolei poetycki warsztat Browna nadaje Winlandii niesamowitego kolorytu. Malownicze porównania (oczy jego - dwa wodospady, broda - galaktyka łez) nadają gawędziarskiemu stylowi narracji swoistej szlachetności. Choć z drugiej strony grymas twarzy, jak skrzywiony klucz w źle odlanym zamku jest paralelą powtórzoną zbyt często.

Narracja w Winlandii utrzymana jest w stylu sagi nordyckiej, co stanowi jej zaletę i wadę jednocześnie. Z jednej strony należy docenić pomysł i konsekwencję w zachowaniu stylu. Dzięki temu można sobie wyobrazić, że naprawdę słucha się sagi, czy pieśni wędrownego skalda o czyimś żywocie, siedząc przy palenisku i sącząc z rogu jęczmienne piwo. Z drugiej jednak, gdy spojrzy się na zapisane treści chłodno, nie sposób nie dostrzec spłycenia fabuły, nieregularnego upływu czasu, który to pędzi to nagle zwalnia. Szalone dzieciństwo zostaje niejako ściśnięte, by zrobić miejsce dla wlekącej się stateczności. Cóż. Coś za coś. Nie to jednak może być największym problemem. Problem Winlandii polega na tym, że Winlandii tam praktycznie nie ma. Nie jest to bowiem opowieść o zdobywaniu nowego świata przez lud północy. Po wywarciu na chłopcu swego ogromnego wpływu, przez większą część opowieści Winlandia jest już jedynie symbolem. Nostalgią człowieka, który postanowił zostać rolnikiem i do niczego się nie mieszać. 

I choć XI-wieczni jarlowie przelewają krew, a uprawiana polityka grubo podszyta jest podstępem, jeśli ktoś spodziewa się zmagań na miarę serialu Wikingowie, dostanie je i nie dostanie ich jednocześnie. Bo od rozgrywającej się historii, która zadecyduje o dalszej przyszłości Orkad, istotniejsza jest jednostka. Tu jeden człowiek zmaga się z brzemieniem swojego wyboru. Z powinnością, która ostatecznie go łamie. Wybierając szlachetny obowiązek, wypełniając go, stał się w oczach innych człowiekiem prawym, bez najmniejszej skazy, doskonałym. Sam jednak, będąc takim właśnie człowiekiem i nestorem rodu, chyba nie odnalazł w tym ani szczęścia, ani dumy. Swoje pragnienia odrzucił i nie dostał w zamian satysfakcjonującej rekompensaty od życia. Jest tego świadom, dlatego martwy od wielu lat szkutnik buduje dla niego łódź.


Wędrowiec skończył swą opowieść. Wstał i zniknął tak nagle, jak nagle się między nami pojawił. Nie dziw się. Wędrowiec tak już ma. Kapelusz, kostur i zniknięcie. Ognisko zaczęło dogasać, Ty też już zresztą gdzieś odszedłeś. A ja, wygrzebując patykiem z popiołu ziemniaki, pomyślałam o dalekiej Winlandii, o lekkości sagi, o tempie, o nierównościach, o mieliźnie, o tym i tak, i nie, o tym coś za coś i gdzieś w głębi duszy zatęskniłam jednak za intensywną prozą Crummeya.


Uściski.



George Mackay Brown: Winlandia (Vinland)
przełożył Michał Alenowicz
wydawnictwo Wiatr od morza, Gdańsk 2017 



Powiązane tytuły

0 komentarzy

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: