J.D. Vance: Elegia dla bidoków

1 marca 2018 , , ,

JD Vance - Elegia dla bidoków

Hillbillies. Słowo, którym sami siebie określali mieszkańcy terenów rolniczych u podnóża Appalachów, a które dziś posiada zabarwienie pejoratywne i oznacza białych niewykształconych Amerykanów, robotników zamieszkujących zapyziałe miasteczka w tzw. Pasie Rdzy, ogólnie białą biedotę. Autor książki Elegia dla bidoków posługuje się tym słowem bardzo często, umieszcza je na okładce. Ma do tego pełne prawo, bowiem wywodzi się z typowej rodziny bidoków, choć mam nieodparte wrażenie, że jednak nie jest już jednym z nich.

Elegia dla bidoków to wspomnienia o rodzinie i kulturze w stanie krytycznym. To trzy plus jeden. Przede wszystkim J.D. Vance opowiada historię swej  rodziny i sąsiadów o szkocko-irlandzkich korzeniach, którzy od wielu pokoleń zamieszkują wioski i miasteczka u podnóża Appalachów. Członkowie młodszych pokoleń skuszeni wizją dobrobytu i podniesienia stopy życiowej, przenieśli się do miasta, by pracować w fabrykach. Autor opowiada więc o życiu dziecka z Middletown, hutniczego miasteczka w stanie Ohio leżącego w Pasie Rdzy, skąd - jak sam pisze - jak z otwartej rany, od kiedy pamiętam, wyciekały miejsca pracy i nadzieja. Wychowywał się w rodzinie rozbitej, naznaczonej uzależnieniami i przemocą, w otoczeniu patologicznego sąsiedztwa pozbawionego zatrudnienia i żyjącego z zasiłków. Ma świadomość, że skończyłby na dnie, jak wszyscy dookoła, gdyby nie rozciągnięte na przestrzeni lat wsparcie kilku osób, w tym niepozbawionych swoich wad dziadków wierzących, że jednak można się wybić, wyrwać z tego miejsca przesiąkniętego tragedią i naznaczonego biedą. Z ich pomocą i wiarą udaje mu się; kończy prawo na Yale, zyskuje szacunek, zakłada rodzinę. Ale nie zapomina, skąd się wywodzi, dlatego chce pomagać, chce pokazać, jak i dlaczego, dlatego przygląda się swej rodzinie i opowiada  jej historię.

Skąd ta bieda? To drugi temat książki Vance'a. Jego krewni porzucili niegdyś ziemię dla stali, a ta stal ich w końcu zdradziła. Tereny niegdyś tętniące życiem, zdominowane przez przemysł ciężki, fabryki zatrudniające całe pokolenia rodzin, miasteczka hutnicze, wszystko to zwiędło i obumarło. Gdy większość mieszkańców miasta pracuje w jednym zakładzie i zakład ten nagle przenosi produkcję do innej części kraju, zostają jedynie puste hale i tłum bezrobotnych, pozbawionych środków do życia nieszczęśników. Vance stara się wyjaśnić przyczyny marazmu, w jaki popadli mieszkańcy miasteczek takich jak Middletown, wskazuje na ich bierność, na brak poszanowania dla pracy, chodzenie na łatwiznę, na przerzucanie odpowiedzialności za swój los na rząd, na firmy, na wszystko inne, tylko nie na siebie.

Ta postawa w oczach Vance'a stanowi problem bidoków, choć o wiele większy widzi w nieprawidłowych decyzjach polityki społecznej i socjalnej, w braku dostępu do porządnego wykształcenia, w złej gospodarce zasiłkami. Przywołuje własne wspomnienia, a także fragmenty raportów socjologów, ekonomistów oraz ważnych organizacji społecznych. Vance próbuje również podsuwać pomysły na rozwiązanie tych wszystkich problemów, bazując na własnych doświadczeniach, jednak popada w tym w ogólniki i hasłowość godne debiutującego polityka. To sprawia, że ciężko mu tak do końca zaufać w tej kwestii. Owa próba zdefiniowania przyczyn problemów i popadnięcia bidoków w kompletny marazm oraz poszukiwanie możliwych zdaniem autora rozwiązań tego stanu rzeczy stanowi trzeci filar Elegii.

A ten plus do trzech powyższych, to swoista chęć rozrachunku z poczuciem winy, jakie chyba przywarło do sumienia J.D. Vance'a. Bo widzę tu również opowieść o rozwodzie, jaki wziął on z Middletown i wszystkimi Hillbillies. Vance stara się być obiektywny w ocenie swych bliskich i dalszych, jednak nie do końca mu to wychodzi, bo zbyt często próbuje tłumaczyć ich postawy. Sposób w jaki to robi zdradza, że jakaś jego część czuje się winna za sukces, który odniósł dzięki własnej pracy. Mimo, że było to jedyne rozsądne wyjście z tej nędznej sytuacji, to jednak w jego duszy pozostał jakiś uwierający wstyd uciekiniera. Niesamowite to i nieamerykańskie, a może to specyficzny rodzaj syndromu DDA, w którym dzieci obwiniają się za alkoholizm rodziców. Dlatego też, już z perspektywy człowieka, który wygrał swoją szansę, przedstawia tym, którzy w Middletown pozostali, rzeczywistość w jakiej uparcie i niepotrzebnie dryfują oraz smutne tego skutki. Być może liczy na ich przebudzenie, a być może chce, żeby zrozumieli jego wybór i nie traktowali go jak zdrajcy.

Będąc swego rodzaju lusterkiem Elegia dla bidoków jest z pewnością pozycją ważną dla Amerykanów, jednak i dla przeciętnego Polaka może być czymś więcej niż tylko ciekawostką socjologiczną. W trakcie lektury nasuwały mi się analogie do Polski okresu transformacji gospodarczej z lat 90tych ubiegłego wieku, gdy padały PGRy i bankrutowały zakłady pracy utrzymujące całe miasta, a uśredniona stopa bezrobocia przekraczała 20%. Cóż. W 1997 roku wieszcz Kazimierz melorecytował, że Ameryka też się sypie, to osobny rozdział... i miał rację.


Ach, Stany Zjednoczone jedyny znany mi kraj, który w swojej konstytucji ma zapisane prawo do szczęścia. Czy gdybym mogła wyjechać do USA, wyjechałabym? Jasne, bez mrugnięcia okiem. Przekonałabym się jak smakuje europejsko-karaibski koktajl podany w ozdobnym Nowym Orleanie. Nie oparłabym się nowojorskiemu hot-dogowi prosto z wózka. Spacerowałabym ulicami Filadelfii i spędzałabym wieczory na tarasie domu nad oceanem w San Diego. Tyle że byłby to wyjazd czysto turystyczny, a nie emigracja w poszukiwaniu nowej szansy. Stany to ogromny kraj z mnóstwem własnych problemów, po co dokładać im jeszcze mnie?

                                                                                                     Uściski!





J.D. Vance: Elegia dla bidoków (Hillbilly elegy)
przełożył Tomasz Gałązka
wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018


Powiązane tytuły

0 komentarzy

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: