Ben Judah: Nowi londyńczycy

20 maja 2018 , , , ,


Kiedy myślę Londyn, moja wyobraźnia kreuje na ekranie w mej głowie następujące wizje. Big Ben, London Eye, czerwona budka telefoniczna, peron 9 i 3/4, angielski pub, policyjna budka w Earl's Court, Edward Rutherfurd, Kl4wisz, mężczyzna z fajką, angielska herbatka o piątej, porcelana z brytyjską flagą, Królowa. Przeczytałam sobie ostatnio trzy reportaże, spośród których największe wewnętrzne poruszenie i myśli różnorakie oraz mnogość pytań z ciekawości, a i sporo też z niedowierzania, spowodowały opowieści Bena Judah o jego Londynie. 

Ben Judah ma trzydzieści lat i jest dziennikarzem, podobnie jak jego ojciec. Za sprawą reportażu, który trzymam w rękach, zabiera mnie w podróż do serca Anglii, na spacer po dzielnicach Londynu. To miasto, w którym autor się urodził, a którego dziś już zupełnie nie poznaje. Co gorsza nie wie nawet, czy jeszcze je kocha, czy raczej budzi ono w nim już tylko przerażenie. Tymi słowami zresztą rozpoczyna całą wycieczkę po Londynie, którą uwiecznia w pamięci swego telefonu. Ruszam, więc razem z nim w miasto, w którym co najmniej 55 procent mieszkańców nie jest rdzennymi Brytyjczykami, prawie 45 procent urodziło się za granicą, a 5 procent mieszka nielegalnie. "Nie mam pojęcia, kim są nowi londyńczycy. A nawet czym naprawdę jest ich Londyn. Właśnie dlatego tu przychodzę" ¹. Co ciekawe sam autor, choć urodził się w Londynie, to dzieciństwo spędził w Rumunii, a z pochodzenia jest Indo-irackim Żydem. Dlatego rozpoczynając lekturę, zastanawiałam się, czy nie będzie to reportaż w stylu przyganiał kocioł garnkowi.

Nowi londyńczycy to wszyscy Ci, którzy opuścili własne kraje i rodziny, by w pięknym i bogatym Londynie znaleźć szczęście i spełnić swój sen o dostatku, o byciu kimś lepszym tu niż byli tam. Taki trochę London dream. Ich rozczarowanie bywa jednak bolesne. Nieustannie napływająca rzeka imigrantów. W dużej mierze ludzi, urodzonych w nędzy i pozbawionych podstaw edukacji, którzy widząc obrazki wspaniałego miasta, są w stanie uwierzyć, że pieniądze leżą tam na ulicach, że wystarczy tam pojechać, żeby je pozbierać, że wystarczy tam być, aby całe to bogactwo miasta spłynęło na człowieka od tak po prostu. Z jednej strony współczuję tym, których mafia zmusza do żebrania, a z drugiej uświadamiam sobie, jak koszmarną mieszaninę stanowi bieda i brak elementarnej wiedzy o świecie. To właśnie one pozwalają ulec mamidłu łatwego życia w bogatym mieście i to one pchają ludzi, by często w sposób mocno ryzykowny dla życia dotrzeć do tego nowego El Dorado. Gdy w końcu się tam znajdą, zderzają się z rzeczywistością, która wymaga ciężkiej pracy. A z pracą też nie jest łatwo, gdy jest się nielegalnym imigrantem. Trzeba wiele siły, samozaparcia i wytrwałości. I szczęścia też.


fot. Lukas Kalinowski /www.iloveldndotblog.wordpress.com/

Ludzie z wszelkich zakątków Świata. Zajmujący całe dzielnice. Mieszkający w warunkach urągających człowieczeństwu. W raz z autorem wtapiamy się w nich. Śpimy w tunelach z bezdomnymi, udajemy rosyjskich robotników i mieszkamy w zatłoczonym budynku z pokojami dla obcokrajowców. Spacerujemy, rozmawiamy, poznajemy ludzkie historie pełne walki o lepsze jutro, pełne małych radości, wielkich rozczarowań. Pozwalamy zaczepiać się prostytutkom ze wschodu, jeździmy z firmą remontową pewnego Polaka, pracujemy na czarno w sklepikach, kramach oraz fast foodach Hindusów i Pakistańczyków. Jesteśmy sprzątaczkami w biurowcach i w willach bogatych Rosjan. Dostarczamy narkotyki dla zamożnych Londyńczyków żydowskiego pochodzenia, okradamy ich domy. Tak naprawdę wszędzie tam jesteśmy tylko przez chwilę i właściwie tylko słuchamy opowieści tych wszystkich ludzi, ale ja im szczerze współczuję. Bo tu mają kiepsko, lecz wracać też już nie ma dokąd i do czego.

Szkoda mi też Londynu, miasta które traci swą brytyjską duszę na rzecz imigrantów, bo Brytyjczycy, którzy przez wieki nadawali charakter temu miastu, teraz z niego uciekają. Żal mi tych uliczek z piętrowymi domkami i małymi ukwieconymi ogródkami. Domki są teraz obskurnymi, zatłoczonymi noclegowniami dla przybyszów ze wschodu, a w ogródkach zamiast kwiatów, na tym co dawniej było trawnikiem, piętrzą się złom i śmieci. Chodzimy ulicami szukając brytyjskich pubów, na miejscu których znajdujemy kościoły lokalnych afrykańskich społeczności. Ben Judah komentuje to, co widzę. Wygląd dzielnic, zmiany w tkance miasta. Robi mnóstwo zdjęć. Wyjaśnia mi, dlaczego rynek nieruchomości to już w Londynie prawdziwa wojna na wielu frontach. Jednak to, co słyszę: historie, punkt widzenia, odczucia i poglądy, to już słowa innych, tych nowych londyńczyków. On od siebie dodaje czasem dane statystyczne.

Wszystko to nabiera dodatkowego nasycenia emocjami, gdy dociera do nas, że również nasi bliscy są nowymi londyńczykami i choć dzięki Bogu, nie wegetują w nędzy i nie łamią prawa, by przetrwać kolejny dzień, to jednak, gdzieś tam w jakimś stopniu wpisują się w ogólną tendencję wypierania z Londynu tego co brytyjskie. Być może, jak niegdyś Rzym pod naporem barbarzyńców, tak dotychczas znany nam Londyn musi upaść, przestać być miejscem atrakcyjnym i pożądanym, definitywnie pogodzić się z faktem, że nie jest już klejnotem w koronie Albionu. Wszystko po to, aby podobnie jak Rzym móc się odrodzić się ponownie, jako jeszcze wspanialsze miasto, będące trudnym do wyobrażenia sobie dziś mariażem dawnych brytyjskich tradycji z multikulturowym żywiołem różnych stron Świata.

Tak się złożyło, że pisałam ten tekst w czasie telewizyjnej relacji ze ślubu Henryka, księcia Sussex z piękną Meghan Markle. Pełna splendoru i przepychu uroczystość w otoczeniu wytwornych gości na oczach tysięcy, a może i miliona gapiów z całego Świata machających Union Jackami. Patrząc na to wydarzenie, znając poniekąd jego tło i mając w głowie Nowych londyńczyków, pomyślałam, że widzę piękny skansen kultury i tradycji brytyjskiej, w którym wśród złoceń i kwiatów płyną dźwięki smyków i fletów wspaniałej orkiestry. A gdzieś tam na ulicy prawdziwego i współczesnego Londynu swoje rzewne melodie wygra Skrzypek, Rom z okładki reportażu, by zarobić na haracz dla bandziorów grożących jego rodzinie. Choć może już wcale nie gra, a odbijające się od kafelków w przejściach metra melodie są jedynie cichym wspomnieniem po tym człowieku.


                                                                                                      Uściski!



¹ Ben Judah: Nowi londyńczycy, przełożyła Barbara Gutowska-Nowak, wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, str. 11.


Ben Judah: Nowi londyńczycy (This is London: Life and Death in the World City)
przełożyła Barbara Gutowska-Nowak
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018 r.



Powiązane tytuły

0 komentarzy

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: