J.M. Coetzee: Lata szkolne Jezusa

20 lutego 2018 ,

J.M. Coetzee - Lata szkolne Jezusa (The schooldays of Jesus)

Być dobrym człowiekiem. Niezłe postanowienie w mrocznych czasach.
/J.M. Coetzee - Hańba/ 

Był sobie raz pewien świat. Świat gdzieś i kiedyś. 
Może i był nasz, bo zasiedlali go ludzie tacy jak my, choć wcale nie musiał. W świecie tym był też nieokreślony kraj, w którym jednak wszyscy mówili po hiszpańsku. Ludzie przybywali skądś na łodziach, pozostawiając całą swą przeszłość oraz wspomnienie o niej gdzieś tam na wodzie, pośród szumu fal. W tym nieokreślonym kraju wszyscy przybierali nowe imiona, wszyscy uczyli się nowego języka, wszyscy zaczynali życie od początku. Biała karta. Druga szansa. Nowa możliwość. 

Wbrew temu, co może Ci sugerować tytuł, nie jest to opowieść o Jezusie. To raczej luźne nawiązanie do modelu świętej rodziny, które autor wykorzystuje po raz kolejny w swojej powieści. Lata szkolne Jezusa rozpoczynają się dokładnie tam, gdzie kończyło się Dzieciństwo Jezusa, choć z powodzeniem można czytać najnowszą powieść bez znajomości wcześniejszej. Jest zatem siedmioletni Davíd, jego matka Inés i ich opiekun Simón. Dwoje dorosłych, którzy starając się ustrzec chłopca przed niebezpieczeństwem, przybywają do Estrelli, by ukryć się na jakiś czas przed ścigającą ich władzą. Davíd jednak musi się uczyć, musi odebrać edukację. Estrella zaś to miasto dwóch akademii: akademii Śpiewu oraz wyjątkowej akademii Tańca. Davíd jest dzieckiem niezwykłym, które postrzega otaczający go świat w sposób zupełnie inny niż reszta ludzi. Zdaje się być czysty, niewinny i nieświadomy istnienia zła, które czyha cierpliwie w ukryciu, by w końcu wyleźć i zebrać swoje żniwo, gdy tylko nadarzy się sposobność. Jednocześnie Davíd wie, że nie jest to jego prawdziwe imię i mówi o tym głośno, jest pewny siebie, zaborczy, nie znosi sprzeciwu. I na tym biblijna analogia właściwie się kończy.

Ciekawą postacią jest Simón. Mężczyzna niebędący ojcem, niebędący nawet partnerem kobiety, a jednak poświęcający swoje życie dla dwójki obcych mu jeszcze niedawno ludzi. Stara się być wzorem dla chłopca, ze spokojem i stoicyzmem objaśnia mu rzeczywistość, prezentuje mu racjonalność, chłód logicznego myślenia, twarde racjonalne podstawy. Odpowiada na każde zadane przez chłopca pytanie. Opowiada mu o świecie prosto, prawdziwie. Nie koloryzuje. Autorytet Simóna i sposób postrzegania przez niego świata chłopcu jednak nie wystarcza. Davíd znajduje sobie nowego nauczyciela i nową nauczycielkę, którzy wprowadzają go w świat idei, ideałów, piękna, mistycyzmu. Nie widzi zła tam, gdzie dostrzega je Simón. Ba, nawet w brutalnym mordercy widzi dobro i szczerość. Domyślam się, że coś takiego musi być ciosem prosto w serce dla każdego, nawet przybranego ojczyma.

Platon rozróżniał to, co da się widzieć, dostrzec zmysłami, od tego, co da się zobaczyć jedynie oczyma duszy, czyli prawdziwie wiedzieć. To właśnie świat idei - czystych istności. Na szczycie świata myśli świeciła idea dobra i choć bardzo trudno było ją dojrzeć, kto ją dojrzał, rozumiał, że jest ona przyczyną wszystkiego, ideą wszechrzeczy*. W powieści następuje zderzenie świata idei, dobra, pasji i wyższych emocji ze zwyczajnością, pożądaniem i brutalną codziennością. Kontrasty, kontrasty, kontrasty. Coetzee bawi się nimi tak otwarcie, że wpuszcza na karty powieści braci Karamazow, stawia sztywnego Sokratesa w kontrze do rozbujanego Platona, więc uśmiechnęłam się, gdy na nieboskłonie sufitu zaczęły dla mnie tańczyć liczby szlachetne.

Lata szkolne Jezusa można sobie po prostu szybko przeczytać, podelektować się lekkością tekstu, która w niczym nie ujmuje kunsztowi literackiemu. Można poznać ładną historię o pewnym bardzo brzydkim morderstwie i na tym przygodę z lekturą zakończyć, nie zastanawiając się nad nią głębiej. Tyle że będzie to lizanie cukierka przez papierek i twierdzenie, że zna się jego smak. Bo w rzeczywistości to jest traktat filozoficzny, którego istotę stanowi zestawienie miłości czystej oraz namiętności, a główną rolę odgrywa w nim morderstwo. Mamy tu bowiem ten rodzaj opowieści, w której o wiele istotniejsze od fabuły są filozoficzne rozważania autora osadzone w dialogach bohaterów. To istnienie obok siebie dwóch światów. To taniec liczb szlachetnych i liczb mrówczych. To obcowanie z absolutem. Zatem zanurzamy się w pięknie, mistyce i namiętności. Nie jest to Hańba, zgadzam się, jednak obie te jezusowe opowieści Noblisty mają w sobie coś wyjątkowego. W piękny sposób dotykają tego, co niedotykalne. I mam ochotę zatańczyć trzy. Tak. Dziś akurat naszła mnie ochota na trzy.

*to i o wiele więcej znajdziesz u Platona w Państwie z dodaniem siedmiu ksiąg "Praw", przekład W. Witwickiego, Warszawa 1958

                                                                                                                                                Uściski!



J.M. Coetzee: Lata szkolne Jezusa
(The schooldays of Jesus)
przełożył Mieczysław Godyń
wydawnictwo Znak, Kraków 2018



Powiązane tytuły

0 komentarzy

Cieszę się, że tu jesteś, bo to dla mnie mobilizacja do dalszego pisania.
Dziękuję również za Twój komentarz. Może to być początek ciekawej rozmowy (: